Życie szkolne w Dolinie
Kilka lat po bitwie, krąg druidów otworzył w Nesterel obóz gdzie szkolono młodych druidów, dobrowolnie zgłaszających się do "Szkoły Nesterel", jak ją później nazwano. Każdy arcydruid miał jednego jedynego ucznia, któremu udzielał nauk i rad. Do Kręgu przyjmowano adeptów obu płci. Oprócz tego typu zajęć, wszyscy uczniowie uczestniczyli w zajęciach magii i mniej ważnej sprawności fizycznej. Co rok, Wielka Rada decydowała nad losem każdego adepta, czy może zostać w Szkole, czy nie. Jedynymi kryteriami, jakimi sugerowała się Rada Starszych był charakter ucznia i jego stosunek do natury. Jak wiadomo wszyscy druidzi kochają i szanują naturę, a uczniowie, którzy tego nie robili po prostu nie nadawali się na druidów i zostali wykluczani ze Szkoły.
Jednym z bardziej poważanych i szanowanych arcydruidów był Angus. Pogłoski mówiły, że podczas Wielkiej Bitwy o Dolinę walczył u boku samego Nesterela. Do dziś członkowie Kręgu odwiedzają jego chatę by zaczerpnąć rad mędrca. Jak większość starszych miał pod opieką młodego adepta. Uczeń miał na imię Gor. Ten uczeń wyróżniał się od swych rówieśników, chociażby niewyraźną twarzą i dziwnym ubiorem. Chłopak dzień w dzień nosił te same ubranie, mianowicie grubą brązową szatę niczym mnich i toporne zimowe buty niczym krasnolud podróżujący w górach. Uczniowie nie mieli ze sobą zbyt dużego kontaktu ponieważ większość czasu spędzali w chatach druidów lub w terenie. Lekcje magii i sprawności fizycznej były jedyną chwilą podczas roku nauczania by adepci mogli się ze sobą spotkać. Chociaż tak mało się widywali, głównym tematem plotek między młodymi druidami był właśnie Gor, chłopak z niewyraźną twarzą...
Dziwny uczeń
- Nie tak synu! Miej trochę szacunku dla natury i dla tego co robisz!
- Hm - Gor spojrzał na swe grube palce - robię to najdelikatniej jak mogę, Mistrzu.
- Ścinanie jemioły nie jest prostą sprawą nawet... - w tym momencie głos Arcydruida załamał się nienaturalnie - dla nas, ludzi.
Gor znów zaczął sobie wypominać, że przedstawia tę złą, dziką rasę tak nienawidzoną przez druidów z Nesterel jaką byli orkowie. Nie wie co by się z nim stało gdyby nie rzucona przez Angusa na jego twarz iluzja.
- To już ostatnia sztuka, Mistrzu... - chwycił pokaźny kawał jemioły w swe nie zgrabne ręce najdelikatniej jak mu na to pozwalała jego nadludzka siła - Zrzucam!
- No teraz lepiej na dziś już koniec i uważaj żeby nie połamać młodych gałązek jak będziesz schodził.
- Tak Mistrzu.- odpowiedział Gor, chociaż w głębi duszy wiedział, że nie uda mu się zastosować do rady Angusa i nie uda mu się skontrolować jego potężnego cielska.
Gor zszedł powoli z drabiny, biorąc ją pod pachę niczym zwój pergaminów i zawędrował za druidem do chaty. Wciąż nie mógł odpędzić natrętnej myśli, że dziś czeka go lekcja magii. Zajęcia miały jednak swą dobrą stronę, ork mógł popatrzeć na Aelirren, elfkę, która wciąż zaprzątała jego umysł. Myślał o niej gdy zrywał jemiołę, gdy zbierał zioła, opatrywał pisklęta, które spadły z gniazd, gdy sadził kwiaty w ogrodzie druida, gdy biegł, gdy szedł, a nawet kiedy spał i siedział samotnie w szalecie. Wziął swą skórzaną torbę, spakował pergaminy, orle pióro i kilka niezbędnych ziół. Lekcja magii zbliżała się, chociaż Gor systematycznie uczył się w chacie zadanych formuł i przepisów, podczas zajęć zawsze zostawał najgorszy z całej grupy adeptów. Aż do samego placu, na którym odbywały się lekcje, Gorowi towarzyszyły nieustanne uśmieszki, szepty i nieustanne, niedyskretne zerknięcia. Był w centrum zainteresowania, negatywnego tego słowa znaczeniu. Choć wszędzie panował półmrok, był późny wieczór, plac oświetlony dziwnymi lampami wydawał się tak samo jasny jak i w dzień. Orka dotąd nie opuściło uczucie niepokoju, magia po prostu nie leżała w jego naturze. Czasami miał ochotę wykrzyknąć, że jest orkiem i ma bardzo głęboko tą ich magię i że jego przeznaczeniem jest walka. Nie robił tego tylko dlatego, że gdy był jeszcze małym dzieckiem, Angus uświadomił mu, że jakiekolwiek ujawnienie jego prawdziwej osobowości było by dla nich obu opłakane w skutkach, a może i nawet śmiertelne.
- Witam was na kolejnych zajęciach posługiwania się magią! - powiedziała ponura i surowa postać o włosach siwych jak futro śnieżnego wilka i bardzo gładkiej twarzy. Druid uszy zakończone miał spiczasto a rysy twarzy bardzo delikatne. Nietrudno odgadnąć, że instruktor był elfem. Nazywał się Windsor. Jego ulubionym uczniem, a raczej uczennicą była Aelirren, a szczególną niesympatią darzył Gora. Zawsze gdy się do niego zbliżał, przechodziły go jakby ciarki, a ręce zaczynały mu drgać. Rzadko mówił, ale tylko prosto w oczy orkowi, że "Coś go w nim niepokoi". Arcydruid Angus uspokajał Gora, że Windsor mówi to wszystkim adeptom nie radzącym sobie z magią. Gor bał się, że instruktor może coś podejrzewać, a co gorsza może coś wiedzieć o pochodzeniu Gora. - Dziś nauczę was jak utworzyć tarczę ochronną, chroniącą przed złymi istotami. To zaklęcie przyda wam się do końca waszych dni, a jeżeli je dobrze rzucicie, możecie być pewni, że żadne stworzenie o złych zamiarach się do was nie zbliży. No to zaczynajmy zajęcia!
- Wyjmijcie pergaminy i zanotujcie słowa, które trzeba wypowiedzieć przed rzuceniem zaklęcia. - Gor sięgnął do swej skórzanej torby i wyjął z niej orle pióro i zwój pergaminów. Drżącymi rękami wziął pióro, w tym momencie rozległ się trzask, a jego echo odbił sąsiadujący las. Teraz już wszystkie spojrzenia skierowały się na orka. Uczniowie wybuchli gromkim śmiechem, gdyby iluzja pozwoliła Gorowi zaczerwienić się zapewne by to teraz zrobił. Jedyna siedząca przed nim Aelirren podała mu swe zapasowe pióro.
- Dziękuje. - wymówił nie śmiało i tym razem wziął pióro delikatniej i zaczął skrobać runy na pergaminie. Gdy część teorii dobiegła końca, instruktor wciąż zły na Gora powiedział by wstali. Wszyscy wiedzieli co mają robić, dokładnie wpatrywali się w ruchy wykonywane przez Windsora, a potem go naśladowali. Zdolnej elfce udało się za pierwszym razem. Niską postać otoczyła świecąca lekkim złotym światłem sfera, która niespodziewanie odepchnęła Gora, stojącego tuż obok. Zaskoczony całym zdarzeniem ork upadł na ziemię, a jego twarz rozmazała się jeszcze bardziej. Gor oczywiście tego nie zauważył ale reszta dzieci tak, chłopak widział dziesiątki wymierzonych w jego kierunku palców i wybałuszonych oczu. Nie mógł tego znieść i pobiegł do chaty zostawiając swoje rzeczy na placu. Wbiegł prędko prawie wyłamując jesionowe drzwi i zaczął płakać, płakać jak małe dziecko, któremu właśnie przyśnił się jakiś nocny koszmar. W domku nie było nikogo, Angus widział całe zdarzenie i po chwili namysłu powiedział, jak zawsze opanowanym tonem:
- Idź spać i nie przejmuj się, to, że jesteś wrażliwy na naszą magię to nie twoja wina, jutro czeka cię dużo pracy.
Tak jak mu przykazano Gor poszedł spać, choć długo nie mógł zasnąć i otrząsnąć się z dzisiejszego przeżycia.
Słońce dostało się przez otwarte okienka chaty, a radosny, lekki śpiew ptaków doszedł do uszu Gora i obudził go ze snu. Gor wszedł do pokoju jadalnego i w ciszy zjadł przygotowane przez Angusa śniadanie. W końcu Arcydruid przerwał milczenie i zadeklarował:
- Jak ci wczoraj powiedziałem czeka nas dziś dużo pracy, ale najpierw musisz iść na zajęcia sprawności fizycznej. - Mimo wczorajszej porażki, twarz Gora rozjaśniła się, a sam ork zaczął coś nucić pod nosem. To były jego ulubione zajęcia, na których był lepszy niż sam instruktor. Ubrał swoje zimowe buty i ruszył w drogę, lekcje odbywały się zawsze na tym samym placu. Ta przestrzeń nie budziła już strachu i lęku w Gorze, a niedyskretnych spojrzeń nawet nie zauważał. Wiadome było, że druidzi nie przywiązują dużej wagi tym zajęciom, dlatego na placu znajdowała się mała garstka adeptów.
- Ja Monarchiasz z Gondoru znów witam was moi uczniowie i życzę by me zajęcia się wam nie sprzykrzyły, albowiem dziś nauczycie się jak przed nieprzyjacielem się bronić skutecznie i nie otrzymując przy tym wielkich obrażeń. - po tej dziwnej mowie instruktora, która nikogo od dawna już nie dziwiła uczniów, zaczęły się zajęcie, a Gor czuł jeszcze większe podniecenie. - Gor, potężnie zbudowany mężu, podejdź, a zademonstruję kilka przydatnych ciosów i sztuczek. - Gor truchtem podbiegł do Monarchiasz i wziął w ręce podany kij, jedyną broń druidów. Gondorczyk demonstrował kilka chwytów i ciosów, przeplatanych piruetami i półobrotami. - Twoja kolej młodzieńcze. - Na koniec instruktor wymówił swe słynne słowa: "To jest Twoja chwila prawdy." W tym momencie Gor zaczął walkę, na początek zastosował kilka wolnych i lekkich ciosów, potem stopniowo zwiększał temp i dodawał co nowsze kombinacje ciosów tu piruety i widowiskowe parady, rzadkich ciosów Monarchiasza. Instruktor opadał z sił, a Gor nie zwalniał lecz przyspieszał, a w jego oczach można było dostrzec dziwny blask i jakby nienawiść. Nauczyciel padł na ziemię i odrzucił kij powalony potężnym ciosem Gora, nerwowo łapał oddech, a po jego skroniach spływały powoli krople potu. Ork zawahał się z podniesionym kijem po czym odłożył go na ziemię i odszedł. Adepci znieruchomieli.
- Koniec za...za...jęć - ledwo wysapał Monarchiasz.
Gor dumny wrócił do chałupy i pochwalił się wszystkim Angusowi. Arcydruid tylko zaśmiał się cicho i kazał mu przygotować się w dalszą drogę.
Szli przez polankę, zmykały przed nimi zające, a świerszcze grały swój codzienny repertuar, druid lekko stawiał kroki w obawie o rośliny, ork próbował go naśladować lecz nie przychodziło mu to łatwo. Nękany myślą Gor w końcu zapytał Angusa:
- Dokąd idziemy Mistrzu i po co? - zapytał z ciekawości.
Ten zaś odpowiedział mu:
- Chcę pokazać ci jak stworzyć eliksir, który nie jednemu uratował życie podczas Wielkiej Bitwy. Płyn ma magiczną moc leczenia ran. Masz to recepturę i idź poszukaj tych ziół i uważaj na naturę! - powiedział wręczając mu kawałek pergaminu pokryty runami.
Angus rozejrzał się poszedł przed siebie, wzniósł wzrok ku niebu i to co zauważył zaniepokoiło go zarówno jak i zaciekawiło. Wśród bielutkich chmur unosił się dym, a im druid zmierzał w jego stronę tym lepiej było go czuć. "Jakiś świętokradca spala drzewo z naszego lasu." - pomyślał i rozzłościł się. Rzucił na siebie czar, który uczynił go prawie niewidocznym i zakradł się do miejsca gdzie paliło się prawdopodobnie ognisko. Usłyszał wrzask i dziką mowę, która mogła oznaczać tylko jedno. Arcydruid był już prawie pewny. Spojrzał zza okazałego krzaku i nie mógł uwierzyć własnym oczom, zuchwali orkowie rozbili swój obóz tuż na skraju Doliny. Było ich kilku, może kilkunastu. Szaleńcza myśl przyszła mu do głowy by rozgromić to całe towarzystwo, kiedy zza wrzosowiska z krańcu obozu nadchodziły nowe bandy orków niczym posiłki, uzbrojeni w topory, dwuręczne miecz i wielkie łuki. Wyglądało to tak jakby szykowali się do wojny. Angus pobiegł jak zwykle lekkim krokiem niczym elf, po Gora, chwycił go za rękę bez słowa i teraz razem pognali do Kręgu Druidów.
We własnym domu niechciani
Przy wejściu do Doliny zgromadził się tłum. Na jego czele stał Arcydruid Deithwen, przewodniczący Rady Starszych, a zarazem najbardziej szanowana osoba w całym Kręgu. Gdy Angus dobiegł wraz ze swoim wychowankiem, Deithwen wyciągnął rękę i wskazał na Gora. W tym samym momencie podbiegło do orka kilku druidów i zaczęło wspólnie rzucać zaklęcie. To oznaczało, że sytuacja w jakiej znaleźli się druid i jego uczeń jest bardzo poważna, ponieważ tylko w sprawach wysokiej wagi druidzi łączyli swe siły. Każdy druid był wychowywany na indywidualistę, ale uczono go także pracować w grupie w razie potrzeby. Gor stanął jak wryty, nie wiedział co robić, skierował pytająco wzrok na swego Mistrza, lecz ten nic nie odpowiedział, czekał. Ork otrząsnął się i zaczął się wyrywać jak rozjuszona bestia wyrwana z głębokiego snu. Było już za późno, druidzi dokończyli zaklęcie, a Gor znalazł się w słupie lodu. Tymczasem iluzja rzucona przez Angusa przestała działać i odkryła prawdziwą twarz orka. Tłum zawrzał, ktoś zaczął krzyczeć, że to potwór, inny zaczął coś o zdradzie, rozpętał się chaos. Jednak jedno słowo Deithwen wydobył by znów zapanowała cisza.
- Milczeć! Angus, Windsor, Ciaran, Edina, Herbert i Julian za mną, czeka nas narada. - Wezwani odeszli, a tłum podszedł do zamrożonego Gora i zaczął się przypatrywać jak eksponatowi muzealnemu.
Sala, w której odbywała się narada Arcydruidów z Doliny Nesterel, była oświetlona małymi lampionami, na ścianach wisiały obrazy Wielkiego Arcydruida Nesterela, a na środku sali znajdował się stół i krzesła z jesionu dla sześciu osób. Deithwen pierwszy zabrał głos:
- Arcydruidzi tu zgromadzeni należą do Rady Starszych, którą właśnie otwieram. Tematem naszych rozmów będzie ork, który znalazł schronienie w naszym Kręgu, a każdy wie, że orkowie są tu istotami najmniej mile widziani. Najpierw proszę o zabranie głosu przez Windsora, później zaś proszę o wyjaśnienia Arcydruida Angusa, a decyzję końcową podejmiemy potem. A propos potu coś tu śmierdzi. Ach to ty Angusie! Przebiegłeś niezły kawał drogi, ale o tym później.
- Ależ ta sprawa jest...
- Milcz! - przerwał mu Deithwen - zaczynaj Windsorze.
- A więc - zaczął Windsor - wszystko zaczęło się gdy na jednej z lekcji magii zobaczyłem dziwną reakcję Gora na czar obronny. Postanowiłem się zainteresować tą sprawą. W sposób trochę niekonwencjonalny zdobyłem dowody, że Gor nie jest tym za kogo się podawał przez wiele lat spędzonych w Kręgu. - Spod płaszczu wyjął księgę o zaklęciach iluzjonistycznych należącą do Angusa.
- Masz to wyjaśnić, natychmiast! - powiedział Herbert, znany z tego typu zachowań i rządzenia wszytkim co znajduje się dookoła niego.
- Herbercie proszę tylko ten jeden raz siedź do cholery cicho! - upomniała go Edina delikatnym elfim głosikiem, naciskając na wyraz "cholery".
- Dziękuje ci Edino -elfka pokłoniła się - prosimy cię o wyjaśnienia, Angusie.
- No więc, po przegranej bitwie pod Doliną Nesterel orkowie uciekali ile sił w nogach w okolice Mrocznych Gór. Nam, Arcydruidom kazano dobijać ranny, zabijać dzieci orków, spalać ciała poległych. Dobrze pamiętasz Deithwenie, my druidzi nie jesteśmy niewinni. Gdy wracałem do swojej chałupy, usłyszałem wrzask dziecka, obejrzałem się lecz nikogo nie było. Spojrzałem w rów i zauważyłem płaczące dziecko orków zawinięte w jakieś brudne szmaty. Prawdopodobnie porzucono je podczas ucieczki. Było przerażone podobnie jak ja przerażony myślą, że muszę je zabić albo zostawić na pastwę losu. Złamałem nakaz Nesterlea i zabrałem je ze sobą. Kilka dni potem postarałem się o księgi iluzjonistyczne by rzucić na małego silną iluzję, nie pozwalającą dostrzec, jego kły i zieloną skórę. Wyszło nawet nieźle, choć twarz była trochę rozmazana i niewyraźna. Odtąd wychowywałem je, karmiłem, uczyłem Wspólnego. Nazwałem go ludzkim imieniem aby nikt się nie domyślił. Niestety wszystko wyszło na jaw, a ja nie żałuję tego co zrobiłem.
- Hmmmm, ciekawa historia - powiedział Deithwen - ale wiesz, że ork nie może pozostać w naszym Kręgu, byłoby to świętokradztwem.
- Proponuję - odezwał się w końcu Arcydruid Julian - wysłać go na drogę z której się nie wraca, wszystkie tajemnice druidów zabierze do grobu, a my będziemy sobie żyć nie martwiąc się, że mógł nas zdradzić.
- Nie, nie zrobicie tego póki ja tu stoję i posiadam jeszcze wystarczająco mocy by go bronić. - powiedział Angus z dziwnym blaskiem w oczach.
- Zgoda, więc postanawiam wygnanie. Kto jest za? - powiedział Deithwen.
Wszyscy podnieśli ręce do góry oprócz Angusa pogrążonego w smutku.
- Zatem niech tak się stanie. Angusie tobą zajmiemy się później. Masz jeszcze coś do dodania?
- Tak, na skraju doliny zauważyłem obóz orków pewnie gotujących grochówkę, używając jako podpałkę drzewa ze Świętego Lasu. Nie sądzę żeby zatrzymali się tylko po to by uwarzyć trochę zupy.
- Mogłem się tego spodziewać, Kamień Runiczny dziwnie pulsował i świecił czerwonym światłem ostatnimi dni. Myślę, że powinniśmy być w ciągłej gotowości i wysyłać zwiadowców w tamte strony, najlepiej młodzików.
- Ależ Arcydruidzie - wtrąciła Edina - to niebezpieczne!
- Jak powiedziałem, tak się stanie, a dla uczniów będzie to dobre ćwiczenie pracy w terenie. Ewentulanie w parach. Ogłaszam koniec narady!
Zebrani rozeszli się. Angus wybiegł pierwszy z chaty. Zaczął rozglądać się nerwowo i pierwsze co dostrzegł to Gor z wypełnionym plecakiem jakby gotowy do dalekiej podróży.
Ork ściskając kij w ręku nawet nie spojrzał na swego "Mistrza". Nic nie rozumiał i nie chciał rozumieć. Jedyne co odczuwał to zdrada. Gotowy już by odejść poczuł lekki uścisk na ramieniu. Obejrzał się i nie mógł uwierzyć własnym oczom.
- Chciałam tobie powodzenia i ściecia zicec. - powiedziała sepleniąc Aelirren.
- Dziękuję ci, będzie mi potrzebne. - Gor uśmiechnął się krzywo odsłaniając swe orcze kły.
- Maś ten śijnik ci da ściecie. - powiedziała elfka i wręczyła mu sznureczek z zawieszonym runem z bronzu.
- Będzie mi o tobie przypominał - to były jego ostatnie słowa. Wyruszył w daleką drogę ze łzami w oczach. Na jego szczęście lub nieszczęście, kierował się w stronę obozowiska orków.
Powrót Toron-Ges i ciepła grochówka
Otaczały go drzewa, w powietrzu unosił się lekki zapach lasu, gdzieniegdzie przemykały spłoszone zwierzątka, tudzież niegroźne potworki. Świat wokół był niewyraźny, a przeszłość pozostawała tylko miłym wspomnieniem. Miłym wspomnieniem do tego momentu kiedy poczuł się zdradzony przez najbliższą osobę. Łzy w oczach nie pozwalały mu jaskrawo patrzyć przed siebie. Zaciskał swe kły na grubych, orczych wargach. Tymczasem trzask, ciemność przed oczami, błysk! To działo się tak nagle, wydawało się jedną sekundą, jedną chwilą... Mógłby się bronić, próbować uciec... nie teraz jego i życie innych było mu obojętne. Czuł głód, a w brzuchu burczało mu od czasu wygnania. Bezwładnie upadł na ziemię i powoli zamknął oczy, zaciskając pięść na podarowanym naszyjniku. Usłyszał kroki, dziką mowę, gdy ruszył głową runął deszcz kopniaków i ciosów. Później już nic nie pamiętał...
Obudził się w namiocie, w powietrzu unosił się dym. Było mu duszno, chciał za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz. Gor zapomniał o wszystkim co się wstało, a chęć życiu obudziła się w nim na nowo. Wstał i zaczął rozglądać się po namiocie. W tym momencie do pomieszczenie weszła zakapturzona postać o długiej brodzie. Niespodziewanie zdjęła kaptur, a na Gora patrzył Ork o twarzy starej niczym Angus. Gor przypomniał sobie twarz Arcydruida i znów ogarnęła go wściekłość. Brodaty starzec odezwał się:
- Ker enes Toron-Hes muzaj kal haer. - zdziwiony Gor nie odpowiedział nic i kiwnął zaprzeczająco głową na znak, że nic nie rozumie.
- Ach, twój nie mówicz w nasza mowa. Twój nauczycz szię szibko. Tymczas witam czę w plemienie Toron-Hes. Jam Ghirhae wódz i szaman wielki. My twoja przybycze w płyty miecz napiszane. - i pokazał Gorowi kamienne płyty, na których widniały postacie tudzież druidów, tu uzbrojonych orków, a pośród nich ork odziany w szaty noszone przez druidów. Domyślał się, że to właśnie jest on. Nagle do namiotu wpadł nie oczekiwany gość o kłach długich niczym tygrys szablo zębny i zaczął coś mówić chrypiącym głosem:
- Azel, azel kur ti naem saii toron hes kudum zael hi. - odpowiedziała postać i czekała pokornie na odpowiedź Wielkiego Wodza.
- On pytacz czi twój zjeszcz grochówka.
- Chętnie nic nie jadłem od rana. Gdy pytał się czy zjem z wami, użył słów "toron hes", co to oznacza?
- Toron hes znaczycz czepła grochówka. To szpecjał naszego plemienia. - odpowiedział poważnie wódz i wyszedł, dając znak Gorowi by szedł za nim, z namiotu. "Świetna nazwa dla plemienia.", pomyślał zaskoczony Gor.
Na dworze panował hałas i bałagan. Orkowie tańczyli, inni oglądali walki na pięści, inni zaś chwalili się bronią. Wszyscy jednak trzymali w rękach małą miseczkę wypełnioną po brzegi pomarańczową cieczą. Na nadejście Gora reagowali różnie. Niektórzy gapili się wybałuszając przy tym ekstremalnie oczy, inni szeptali coś do siebie. Ork znał tego typu zachowanie. Doświadczał go często w Kręgu druidów ale tym razem mu to nie przeszkadzało. Był sławny i ta myśl mu starczyła. Gor i Ghirhae zatrzymali się przy ognisku. Wódz wziąwszy wielką, zdobioną łyżkę, zaczął nabierać gorącej zupy do takich samych miseczek w jakie byli wyposażeni pozostali. Wytłumaczył Gorowi, że tą łyżką "Destum", nabierać grochówkę tylko może on i bardzo ważni goście. Gor nie poczuł się nawet zaszczycony, na razie wszystko przysłaniał mu głód. Po posiłku było już późno, wokoło zrobiło się ciemno, a w powietrzu latały komary. Mimo to orkowie nie opadli z sił i wciąż tańczyli i śpiewali pieśni wojenne. Gor poszedł do namiotu i poszedł spać. Śnił o sobie jako przyszłym wodzu orków i zagładzie druidów.
Nazajutrz jak i wczoraj do namiotu przyszedł wódz i obudził go. Zaprosił go na śniadanie do namiotu "ważnych". Namiot prawie niczym nie różnił się od pozostałych, na środku stał wielki kocioł, a wokół niego stosy małych poduszeczek. Ghirhae zaczął uroczyście:
- Haras tum dhainae! - co dosłownie oznaczało: "Miłego żarła panowie!"
Śniadanko nie było niczym innym niż mieszaniną mięsa w jakimś dziwnym zielonym sosie. Chociaż potrawa wyglądała obleśnie, pachniała wspaniale. Gor zjadł ze dwie miski jedzenia i czekał grzecznie aż pozostali orkowie skończą się posilać. Gdy już wszyscy się najedli do syta, wódz znów zaczął mówić ale w mowie wspólnej:
- Tera gdy naleszysz już do naszego plemena, możesz żosztać tu na żawsze wybranczu.
- Chętnie, nie mam gdzie się podziać. - odpowiedział nieśmiało Gor.
- Hehe - zaśmiał się wódz jakby z góry znał odpowiedź - Khurin nauczy cze mowy orków, możesz pożostacz w tym namocze cosz spał. No to jusz wszysztko jaszne.
- Chyba tak... - powiedział "wybraniec"
- Ide na mecz czaszkówki. Hael zun bra chossen. - zwrócił się do jednego z zebranych i wyszedł z namiotu.


