Dla Ani, mojej pierwszej prawdziwej miłości, która wniosła w moje życie radość i nadała mu sens.
(Opowiadanie to nie jest pisane w celach zarobkowych, dlatego niekonieczna jest zgoda pana Andrzeja Sapkowskiego i będzie ono do wglądu ogólnego opublikowane w internecie.)
Rozdział 1: 'Spotkanie'
Noc powoli zapadała nad lasem. Drzewa i krzewy leniwie, ale niepowstrzymalnie pokrywał czarny aksamitny całun. W tym spokojnym, zakłócanym jedynie graniem świerszczy i kumkaniem żab, czasie dźwięk miarowego stukotu końskich podkutych kopyt wydawał się nienaturalny, jak dźwięk konającego nagle człowieka. Samotna postać jadąca wąską ścieżką na karym koniu, wciągnęła głęboko powietrze rozkoszując się leśnym zapachem. 'Niema, co, uwielbiam tą porę roku, jeszcze nie jesień, a już nie lato' pomyślał jeździec, poprawiając swoje długie, białe włosy. Mimo, że jeszcze niedawno uczyli go, aby nigdy nie tracił czujności, Białowłosy postanowił się chwilkę zapomnieć w tym klimacie. W końcu do najbliższego gościńca były dwa dni drogi, a do najbliższej wioski pięć. Jednak instynkt odziedziczony po przodkach i nabyty w czasie treningu dał o sobie znać. Białowłosy zatrzymał konia i wytężył zmysły starając się dociec, dlaczego ma wrażenie, że coś jest nie tak. 'Nie. Tutaj? Ale skąd...?' Mrukną z dezaprobatą poczym szybko ruszył w stronę, z której doszedł go słaby szczek oręża. Szybko przebył fragment lasu i znalazł się na skarpie, pod którą rozciągała się niewielka polanka. Na owej polance toczyła się zażarta walka. Białowłosy widział ją doskonale w świetle księżyca i gwiazd. Jakaś kobieta w męskim stroju podróżnym dzielnie stawiała czoła sześciu zbirom. Z faktu, że na ziemi leżało jedno ciało w łachmanach wnioskował, że zbirów było siedmiu. Kobieta poszła szybkimi piruetami między zbirów zmuszając ich do zmiany pozycji, jednak udało im się sparować jej cięcia. W tym momencie jeden z nich popełnił błąd opuszczając za nisko gardę i kobieta nie omieszkała tego wykorzystać. Szybkim, płaskim cięciem miecza przejechała mu po podstawie szyi. Jednak w tym czasie jeden ze zbirów zaszedł ją od tyłu i złapał chwytając za ręce, aby nie mogła stawiać za bardzo skutecznego oporu. Jego kompani zaczęli się paskudnie śmiać. 'No to sobie dzisiaj pochędożymy elfią dupeczkę, nie chłopaki?' Powiedział jeden stojący najbliżej złapanej i zaczął zdejmować spodnie, jego kompani wybuchnęli rubasznym śmiechem, co i rusz mu przytakując. 'Gwałciciele! Jak ja nienawidzę gwałcicieli!' Pomyślał Białowłosy i ocenił odległość. Skarpa miała jakieś półtora metra wysokości, a jego, od najbliższego ze zbirów, dzieliło kilkanaście metrów. To, że ci głupcy go jeszcze nie zauważyli wynikało chyba tylko z faktu, że byli zajęci elfką. Zsiadł szybko z konia i wyciągnął miecz. Cofnął się kilka kroków i momentalnie przypomniał sobie słowa Vesemira, które ten wypowiedział żegnając go miesiąc temu, gdy Białowłosy wyruszał 'Nigdy nie angażuj się w sprawy, które ciebie bezpośrednio nie dotyczą, i nigdy nie zbaczaj ze ścieżki w czasie swej pierwszej wyprawy'. Zignorował to jednak, rozpędził się i skoczył. Wybiwszy się w powietrze przeleciał ponad połowę, dzielącej go od pierwszego zbira, odległości i wylądował miękko na trawie, błyskawicznie przechodząc w bieg i ciął, niespodziewającego się niczego, zbira przez szyje. Ten zatoczył się w bok spryskując obficie trawę krwią. Pozostali stanęli jak wryci, czego kobieta nie omieszkała wykorzystać i błyskawiczne kopnęła trzymającego ją zbira w goleń. Ten stęknąwszy z bólu rozluźnił na chwilkę uścisk, którym krępował ręce elfki i udało jej się jedną uwolnić. Podniosła ją do góry podstawiając zbirowi pod twarz, ten popatrzył na nią zdziwiony, kiedy nagle z dłoni elfki wyleciała ognista kula i trafiła zbira prosto między oczy. Ten błyskawiczne puścił elfkę i zaczął biegać po polanie wyjąc w niebogłosy. Białowłosy uśmiechną się na ten widok i zaatakował błyskawiczne jednego z dwóch stojących naprzeciw niego przeciwników uderzając zza głowy. Zbir w ostatnim momencie złożył paradę, ale było już za późno i ostrze uderzyło go w twarz, przecinając czoło, nos, wargi i wydatny podbródek. Kobieta w tym czasie podniosła swój miecz i zaczęła walczyć z jednym z dwóch nadających się jeszcze do walki przeciwników. 'Dobra, jest' pomyślał Białowłosy i ta chwilka dekoncentracji o mało nie kosztowała go życia. Jednak udało mu się w ostatnim momencie zrobić unik i ostrze topora przecięło tylko powietrze. Białowłosy szybko zamarkował uderzenie w głowę i kiedy jego przeciwnik podniósł topór do złożenia gardy, ostrze Białowłosego przeszyło na wylot niedoszłego gwałciciela. Białowłosy błyskawiczne wyszarpnął ostrze akurat w samą porę, aby zobaczyć jak kobieta przecina swojemu przeciwnikowi obie tętnice na udach, a jako, że to był ten, co pierwszy chciał 'chędożyć' i miał już ściągnięte spodnie odcięła mu coś jeszcze. Kobieta otarła pot z twarzy wierzchem dłoni i spojrzała na mężczyznę, który przyszedł jej z pomocą. Sądząc po jego białych zaczesanych do tyłu i zwianych, długich włosach spodziewała się, że to elf. Jakże się zdziwiła, kiedy zobaczyła jego okrągłe, a nie szpiczaste uszy. Nie ufała ludziom, więc błyskawiczne przyjęła pozycje do ataku i podniosła miecz. Białowłosy zdziwił się lekko, ale postąpił tak samo. Stali przez chwile mierząc się wzrokiem. Kobieta, była faktycznie elfką i to bardzo piękną. Miała ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, była szczupła i miała bardzo długie czarne włosy sięgające do połowy uda, splecione w gruby warkocz. Ubrana była w brązową koszule i czarne spodnie. Na nogach miała wysokie elfie buty w tym, że kolorze. Białowłosy spojrzał na jej twarz, jakże piękną. Musiał się już poważnie wysilić, aby skupić myśli. Przypadkiem spojrzał jej w oczy i jego serce na chwile zamarło, aby potem ruszyć ze zdwojoną siłą. Jej oczy były piękne, po prostu piękne. Duże, zielone, niewinne. Białowłosy miał wrażenie, że mógłby się w nich utopić. 'I nie żałowałbym' pomyślał. Ona również przyjrzała mu się dokładnie, jednak jej wrażenia były z goła odmienne. Mężczyzna, który przyszedł jej z pomocą był szpetny nawet według ludzkich standardów, że o elfich lepiej nie wspominać. Jego słabo opaloną twarz znaczyły liczne głębokie, ale dość krótkie blizny. Jego oczy miała nienaturalnie rozszerzone źrenice, przez co były więcej niż paskudne. Miał on mniej więcej tyle samo wzrostu, i był średnio szeroki w barkach. Jednak z tego, co widziała przed chwilką w walce jest więcej niż zdolny. Ubrany był w czarne spodnie i czarna skórzaną kurtkę nabijaną srebrnymi ćwiekami, i podobne, wysokie buty. Elfka powoli opuściła miecz, nie wiedzieć, czemu czuła, że jej nie zaatakuje. Nie zawiodła się. Białowłosy opuścił miecz nieomal równocześnie z nią. 'Kim jesteś i co tu robisz' zapytała elfka miłym, melodyjnym głosem 'Nazywam się Coen i przejeżdżałem w pobliżu, kiedy usłyszałem szczęk oręża i postanowiłem to sprawdzić, resztę już znasz. Teraz ja chciałbym zadać ci te same pytania.' Odpowiedział Białowłosy, miał nieprzyjemny, szorstki, ponury głos. Elfka schowała miecz do pochwy 'Na imię mam Falka, podróżowałam tędy, kiedy napadło mnie tych siedmiu' powiedziała kopiąc ciało najbliższego zbira 'I...Dziękuje Ci za pomoc Coenie'. Białowłosy również schował miecz do pochwy na plecach 'Niema, za co, każdy na moim miejscu zrobiłby to samo...' Falka spojrzała na niego, aby stwierdzić, czy się droczy, czy, rzeczywiście jest jeszcze taki naiwny, dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jej wybawca jest jeszcze bardzo młody, mógł mieć najwyżej dziewiętnaście - dwadzieścia lat '...a poza tym, nienawidzę gwałcicieli' powiedział patrząc jej w oczy. 'Zastanawiam się, jakiej nagrody oczekujesz za swoją pomoc?' Zapytała nagle Falka. 'Nagrody?' Odpowiedział Coen nie bardzo rozumiejąc, o co Jej chodzi. 'Nie udawaj, na pewno liczysz, że w zamian za to, że mi pomogłeś oddam ci się' powiedziała Falka uśmiechając się paskudnie. Coen popatrzył na nią w taki sposób, że uśmiech szybko jej stopniał. Był to wzrok pełen wyrzutu, złości, rozpaczy. Białowłosy odwrócił się szybko na pięcie i ruszył w stronę pagórka. Podszedł do niego i błyskawicznie nań wyskoczył, poczym podszedł do konia i zaczął sprawdzać czy siodło dobrze jest zapięte. Już miał wsiąść, kiedy usłyszał za sobą 'Wybacz, nie chciałam Cię urazić'. Odwrócił się powoli. Ona stała na krawędzi pagórka obserwując go. 'Po prostu nie sądziłem, że ocenisz mnie na wstępie tak nisko' odpowiedział spokojnie. 'Wybacz'. 'Dobrze'. Coen wziął konia za uzdę i zaczął go sprowadzać dość łagodnym zboczem pagórka. Falka zgrabnie zeń zeskoczyła i podeszła do niego. 'Co zamierzasz' zapytała, kiedy podeszli do jedynego żywego jeszcze zbira, tego, który dostał mieczem Białowłosego w twarz i obecnie leżał trzymając się za nią. 'Wykonać starodawną karę za gwałt, jaką wymyślono na wyspach Skellige.' Odpowiedział spokojnie. Elfka popatrzyła na niego lekko nie rozumiejąc, więc Coen zaczął jej wyjaśniać, 'Kiedy kogoś złapano na gwałcie wyprowadzało się go na rynek nago, poczym sadzało na drewnianym krześle. Następnie przybijało mu się długim, zardzewiałym gwoździem, przyrodzenie do owego krzesła, poczym po jakimś czasie dawało mu się tępy nóż i wybór, albo sobie poderżnie gardło, albo się wykastruje' powiedział najspokojniej, najnaturalniej w świecie Coen. Zbir, który cząsł się jak osika na dźwięk jego słów nagle znieruchomiał. Coen sprawdził mu tętno poczym uśmiechną się kręcąc głową nie dowierzając, że tak łatwo umarł ze strachu, zwykle umierali dopiero widząc krzesło albo nawet gwoździa. 'Co zamierzasz teraz robić?' Spytał Coen wstając. 'Nie wiem' odpowiedziała ze zmartwieniem Falka 'mój koń uciekł, kiedy mnie zaatakowali, a tam miałam większość zapasów. Dokąd zmierzasz?' Spytała nagle. 'Na południe, a Ty?' Odpowiedział Coen. 'Może być południe' odpowiedziała dając mu do zrozumienia, że chciałaby podróżować z nim. Coen zatrzymał się i popatrzył na Nią uważnie, by po chwili dwornym gestem zaproponować Jej konia. Falka uśmiechnęła się szeroko i kiwnęła głowa w odpowiedzi. Coen pomógł Jej wsiąść, poczym ruszył w stronę ścieżki prowadząc konia za uzdę. Przez jakąś godzinę podróżowali w milczeniu. Potem Coen uznał, że muszą poszukać jakiegoś miejsca na nocleg. Wtedy Falka powiedziała mu, że widziała jakieś niewielkie ruiny trochę na wschód od miejsca, gdzie obecnie byli. Zmienili, więc kierunek i Coen wsiadł na konia za Falką i ruszyli szybko na wschód. Po chwili Falka bardzo powoli i ostrożnie oparła się o tors Coena. Białowłosy poczuł jak krew pulsuje mu w skroniach, i zaczął zastanawiać się, co jest tego przyczyną, choć doskonale wiedział, że to obecność tej kobiety tak na niego działa. Delikatnie objął Ją w pasie ramieniem. Falka uśmiechnęła się czując jak na niego działa. Nie umiała, co prawda czytać w myślach, ale emocje odczuwała perfekcyjnie, zwłaszcza jak ktoś nie umiał ich jeszcze kryć. Po jakichś piętnastu minutach wyjechali z lasu na sporą polanę, na której wznosiły się ruiny jakiegoś zameczku. Ruszyli szybko w jego stronę. Z całego zameczku pozostała tylko jedna rozsypująca się wieża, 4 ściany i sklepienie, jednak wyglądał na dość stabilny, więc nie powinien się jeszcze zawalić. Po chwili kopyta konia zadudniły na kamiennej podłodze, kiedy przejechali przez otwór po wrotach. Oboje rozejrzeli się po pustym, ciemnym wnętrzu. 'Może nie powinniśmy nocować wewnątrz, możemy równie dobrze spać pod gołym niebem' zaproponowała Falka. Jakby w odpowiedzi na to stwierdzenie w oddali dało się słyszeć głośny grzmot, zwiastujący burze. Coen zsiadł z konia i pomógł zsiąść Falce. 'Pójdę po drewno na ognisko' powiedział poczym ruszył w stronę wejścia. Falka uniosła brwi zdziwiona jego naiwna wiarą w uczciwość innych. 'Mogłabym teraz spokojnie wziąć jego konia i zapasy i odjechać zostawiając go tutaj' pomyślała szukając miejsce na ognisko i zdejmując juki koniowi. Przygotowała siedzisko z jego derki i ułożyła kręg z kamieni w miejscu, gdzie miało być ognisko. Coen wrócił po chwili z pokaźnym naręczem chrustu i wiatrołomów i zaczął przygotowywać palenisko. Kiedy już było gotowe Falka chciała zapalić je kulą ognia, ale Coen tylko złożył dziwnie palce i elfka zobaczyła jak drewna zaczynają się zażyć, aby po chwil buchnąć płomieniem. Coen wstał i podszedł do konia, zdjął mu siodło i puścił na łąkę otaczającą ruiny. 'Nie boisz się, ze Ci ucieknie?' Zapytała Falka. 'Nie...' Odpowiedział białowłosy'... Ten koń już się do mnie przyzwyczaił i zawsze wraca'. Coen podszedł do juków i wyciągną z nich dwie porcje żywieniowe i podał jedną Falce, poczym usiadł na posadzce niedaleko niej. Falka wzięła porcje poczym uśmiechnęła się rozbawiona 'Nie siedź na zimnym kamieniu, bo dostaniesz wilka.' Powiedziała nieomal śmiejąc się 'Chodź tu' dokończyła pokazując mu miejsce koło siebie na derce. Coen wstał, powoli podszedł i usiadł na derce obok Niej. Elfka nie mówiąc nic oparła się o jego ramie i zaczęła powoli jeść. Białowłosy ponownie poczuł pulsowanie w skroniach i głód nagle go opuścił. Delikatnie objął Falkę ramieniem. Tym razem to Ona na chwile zamarła i spojrzała Coenowi w oczy. Jego źrenice miały już normalny rozmiar, przez co nie były już tak paskudne, a przez zielono-żółtą tęczówkę były nawet ładne. Białowłosy bardzo powoli zbliżył swoją twarz do jej twarzy. Elfka przymknęła oczy i pocałowała go delikatnie, niepewna jak na to zareaguje. Coen odwzajemnił pocałunek przesuwając delikatnie opuszkami palców po Jej policzku. Falka odłożyła szybko porcje i zarzuciła mu ramiona na szyje i przywarła do niego silnie całując namiętnie. Coen objął Ją ramionami oddając się rozkoszy pocałunku, po chwili odchylił się w tył kładąc na derce. Falka położył się na nim i zaczęła powoli rozpinać mu kurtkę. Pocałowała go ponownie przesuwając dłonią po jego torsie i natrafiła na niewielkie zgrubienie pod koszulą. Przesunęła po nim palcami i natrafiła na łańcuszek na jego szyli. Domyśliła się, że to jakiś medalion i zaczęła go szybko wyciągać ciekawa, co to. Spodziewała się różnych rzeczy, ale nie tego, co zobaczyła. Nie spodziewała się zobaczyć wyszczerzonej wilczej głowy. 'Vatt'ghern!' Krzyknęła odskakując gwałtownie i wyciągając sztylet z cholewy buta 'Wiedźmin! Rzeźnik!' Krzyknęła ponownie, kiedy Coen wstał. W Jej pamięci odżyły wszystkie opowieści o wiedźminach - zmutowanych ludziach stworzonych niby do zabijania potworów a wycinających elfy bez opamiętania. Przypomniała sobie jak rodzice ostrzegali Ją przed nimi i radzili, aby zabijała każdego, jakiego napotka. Coen w tym czasie wstał nie bardzo rozumiejąc, o co Jej chodzi. 'Rzeźnik?' Zapytał zdziwiony. 'Nie udawaj, wiem, że wy zabijacie elfy' Falka nieomal krzyknęła. Coen spojrzał Jej w oczy 'Gdybym chciał Cię zabić już była byś martwa' odpowiedział spokojnie 'Wystarczyłoby pozwolić tamtym zbójom dokończyć dzieła, albo skręcić Ci kark, kiedy jechaliśmy razem w siodle'. Falka pomyślała nad tym, co usłyszała i z przerażeniem zdała sobie sprawę, że Wiedźmin ma racje. Znaczyłoby to, że nie chce jej zrobić krzywdy, a więc mogła mu przestać nie ufać. Pokręciła głową rozzłoszczona na samą siebie 'Nie! Słyszałam o was, jesteście zdradzieccy i okrutni, nie można wam ufać' powiedziała z wściekłością w głosie. 'A ja słyszałem to samo o elfach, dodatkowo, że jesteście zadufane w sobie, dumne i cierpicie na manie wielkości, a także, że do każdego, kto nie jest elfem żywicie głęboką pogardę. Czy to prawda?' Odpowiedział Jej zjadliwie dokładnie wymawiając każde słowo. 'Nie! To nie prawda! Kto ci naopowiadał takich kłamstw?' Wrzasnęła rozzłoszczona. 'Właśnie chciałem Ci zadać to samo pytanie' odpowiedział spokojnie. Te słowa wywołały w umyśle elfki lawinę myśli, w której jej wiedza z opowieści została skonfrontowana z nowymi doświadczeniami. Zdała sobie sprawę, że mogła się mylić, że niesłusznie go obraziła. Poczuła wielki wstyd i złość na siebie, opuściła sztylet i schowała go powrotem do cholewy buta, spuściła wzrok 'Wybacz' powiedziała cicho. Coen podszedł do Niej cicho i objął Ją delikatnie. Elfka miała nadzieje, że to zrobi i wtuliła się w jego ramiona. Przez chwile stali przytuleni obejmując się, nic nie mówiąc, po prostu ciesząc się sobą, poczym wrócili na siedzisko. Zjedli szybko swoje porcje obejmując się i ciesząc sobą. Falce podobało się to, było romantycznie. Piękny wrześniowy wieczór, środek lasu, ogień, silny mężczyzna przy boku. Dawno już się tak nie czuła. Coen natomiast nie potrafił nawet dla samego siebie zdefiniować, co czuje. Jedyną kobitą, którą znał była jego matka a i jej już prawie nie pamiętał. Falka coraz lepiej radząca sobie z odczytywaniem jego myśli, nie wychwytywała może wszystkiego, ale rozumiała. Uśmiechnęła się lekko i pocałowała go delikatnie napierając na jego pierś. Coen idąc za tym niemym poleceniem położył się. Elfka przylgnęła do niego ponownie go całując. Białowłosy objął Ją ramionami odwzajemniając pocałunek. Falka już chciała posunąć się dalej, lecz Coen przykrył ich oboje drugą derką 'Czas spać' powiedział. Elfka spojrzała mu w oczy. Nie zauważyła w nich jednak tego, co spodziewała się zaważyć. Nie było w nich rozbawienia mówiącego w stylu 'Czas pochędożyć'. Nie. W jego oczach była szczerość, jemu naprawdę chodziło o sen. Pocałowała go na dobranoc poczym przytuliła się do niego mocno i powoli zasnęła, myśląc o tym jak dziwnym mężczyzną jest ten wiedźmin. Wiedźmin wsłuchał się w Jej miarowy oddech i po chwili sam zasną.
Rozdział 2: 'Potwór'
Obudziło ich miarowy dźwięk przybierający na sile. Coś się do nich zbliżało. Wstali i popatrzyli w stronę dziury po wrotach. Coen wiedziony instynktem wyciągną miecz z pochwy i podał Falce jej ostrze. Nagle wiedźmiński medalion Coena zadrżał mocno. Białowłosy rzucił się w bok ciągnąc Elfkę za sobą. Dokładnie w tym momencie przez dziurę po wrotach coś przeleciało. Coś wielkiego. Większego od dziury, czego dowodem były huk uderzenia i widoczne posypujące się kamienie i wyrwy opok dziury. Coen i Falka padli na ziemie, a wielki kolec przeleciał tuż nad ich głowami. Szybko odwrócili się, aby zobaczyć, kto, a raczej, co to jest. Zobaczyli długie, kilku metrowe, czarne, w słabym świetle przygasłego od pędu powietrza ogniska, pokryte łuskami, cielsko, smukłe, z długimi nietoperzami skrzydłami, grubymi, gadzimi nogami, długim na kilkanaście centymetrów kolcem na końcu ogona i najeżoną zębami paszczą. Stwór bardzo przypominał smoka jednak nim nie był. Coen widział już takie stwory, ale tylko na rycinach w Kaer Morhen. 'Wyverna!' Przemknęło mu przez głowę. Stwór szybko wykręcił koło lawirując w za ciasnej dla niego przestrzeni wewnątrz zameczku, poczym rzucił się ponownie do ataku. Jednak Coen już stał na nogach gotów do walki. Wiedział jak walczyć, do tego go stworzono. Czekał spokojnie aż stwór znalazł się bardzo blisko. Nagle zanurkował w dół i w prawo unikając śmiercionośnych szczek, wykręcił się nieomal w nienaturalny sposób i ciął potwora w brzuch. Wyverna zaskrzeczała przeszywająco, i odleciała w górę instynktownie chcąc oddalić się od kogoś, kto potrafi ją zranić, ale zapomniała, że jest w pomieszczeniu. Nie zdążyła wykręcić i uderzyła mocno o wysokie sklepienie zameczku, poczym odbiła się od niego i skierowała z powrotem na swych przeciwników. Sfatygowana i naruszona zębem czasu konstrukcja została przez to poważnie nadwerężona. Wyverna ponownie skierowała się na Białowłosego. Ten popełnił błąd niedoceniając zwierzęcej inteligencji bestii i chciał ją zaatakować w ten sam sposób, co poprzednio. Tylko instynkt, ostrzeżenie amuletu i wiedźmiński refleks ocaliły go przed przeszyciem na wylot kolcem na ogonie potwora. Wyverna ponownie zatoczyła koło szykując się do ponownego ataku. W tym momencie do akcji włączyła się Falka do tej pory całkiem przez bestie ignorowana. Skoczyła do przodu tnąc w wypadu. Jej ostrze natrafiło na ciało potwora przecinając ścięgno na jego prawej nodze. To zdekoncentrowało Wyverne na moment. Wiedźminowi to wystarczyło. Rzucił się do przodu w ostatnim momencie uskakując w bok i tnąc na odlew. Trafił precyzyjnie przecinając tętnice na szyi stwora. Już nieomal martwa bestia spróbowała się poderwać się wyżej, jednak nie starczyło już jej na to sił ubywających wraz z krwią. Stwór z całym impetem uderzył w ścianę budowli. Dla tej wiekowej już konstrukcji było już tego za wiele. Na ścianach zaczęły pojawiać się pęknięcia a ze sklepienia zaczęły lecieć kawałki jakiegoś kamienia. Falka i Coen rzucili się do ucieczki. Nie było czasu zabierać zapasów, Coen zdążył tylko zabrać swój drugi miecz, szczelnie owinięty w biały materiał. Oboje biegli, co sił w nogach, kiedy coraz więcej fragmentów sklepienia spadało tuż koło nich. Nagle ogromny kawałem spadł tuż przed nich tarasując wyjście do połowy jego wysokości. Nie było czasu szukać innej drogi. Coen wskoczył na chwieją się kamień i wyciągną rękę po Falkę. Był wiedźminem, utrzymanie równowagi nie sprawiało mu żadnych trudności. Elfka podała mu rękę i podskoczyła. Coen wykorzystał ten impet, aby błyskawiczne przerzucić ją na druga stronę. Falka zacisnęła dłoń na jego nadgarstku i również wykorzystując impet pociągnęła go za sobą, nieomal na kilka uderzę serca przed zawaleniem się całej budowli. Oboje spadli na zbocze i zaczęli się po nim staczać. Zatrzymali się dopiero u jego podstawy. Przypadek sprawił, że Falka wylądowała na Coenie. Zanim żadne z nich nic nie powiedziało, spojrzeli sobie jedynie w oczy i pocałowali się namiętnie szczęśliwi, że żyją. Jednak po chwili coś usłyszeli i zaczęli nasłuchiwać, aby się upewnić. W nagle zapadłej nocnej ciszy dał się słyszeć identyczny miarowy dźwięk również przybierający na sile. Nadciągał z południa...i z północy...i ze wschodu. Ani Falka ani Coen nie mieli złudzeń. Z tamtym osobnikiem poszło im tak łatwo, bo był on w zamkniętej przestrzeni. Ale na otwartej, w dodatku z 3 niemili szans. Jednak żadne z nich nie miało zamiaru poddać się bez walki. Stanęli w pozycjach do walki, jednak zanim zdążyliby zadać choćby jeden cios musieli paść na ziemie, aby uniknąć przelatujących 2 Wyvern. Odwrócili się na plecy akurat w momencie, aby zobaczyć jedną z nich pikująca w ich kierunku. Wiedzieli, że nie zdążą uskoczyć. Wiedzieli, że za chwilkę zginą. Że ocalić może ich tylko Cud. I Cud się zdarzył. Nagle, kiedy Stwór był już mniej niż metr od nich coś go złapało i pchnęło w bok. Oboje podnieśli głowy, aby zobaczyć, co ich uratowało. To coś było bardzo podobne do Wyverny, ale dużo większe, nie miało kolca na końcu ogona i miało przednie łapy, którymi właśnie skręciło kark Wyvernie. To był... Smok. Ani Falka ani Coen nie mogli uwierzyć, ale ostateczny dowód na poparcie tego, co widzieli otrzymali, kiedy ich wybawca zioną ogniem i odstraszył drugą Wyverne. Po chwili Smok odwrócił się do nich, popaczył nań uważnie i po chwili zaczął się śmieć grubym, nieludzkim, ale zarazem przyjemnym głosem. 'Warto było was ocalić choćby po to, aby zobaczyć wasze miny' powiedział Gad ledwo powstrzymując się od śmiechu. Falka i Coen mimowolnie uśmiechnęli się wyobrażając sobie swoje miny jeszcze z przed chwili. 'A tak naprawdę to, czemu nas ocaliłeś?' Zapytał Coen. 'Bo jesteś Wiedźminem, a wy nigdy nie krzywdzicie smoków, ba nawet czasem zdarzyło się wam nas bronić i pomagać nam' odpowiedział poważnie Smok. 'Dziękuje' powiedzieli nieomal równocześnie Falka i Coen. 'Niema, za co' odpowiedział spokojnie smok, 'Co teraz zamierzacie?'. 'Wyruszyć dalej na południe' odpowiedział Coen i jakby przypominając sobie o czymś zagwizdał przeciągle na palcach. Z Lasu po chwili wybiegł kary koń i zaczął zbliżać się do nich. 'Hmm...Zdaje się, ze straciliście wszystkie zapasy...Około godziny jazdy konnej na południowy-wschód znajduje się obóz bandytów, których niedawno ktoś wybił na północny zachód z stąd, tam może znajdziecie, co wam potrzeba' powiedział spokojnie smok. Coen i Falka popatrzyli na siebie u uśmiechając się tylko. Smok od razu zrozumiał, kto wybił bandytów. 'Dziękujemy raz jeszcze Smoku...' Powiedziała Falka, kiedy Coen wsiadał na konia'...a właściwie jak Ci na imię, jeśli można spytać?'. 'Suldanar' odparł szybko smok. 'Mi na imię Falka a ten, Wiedźmin to Coen'. 'Wiem' odparł smok poczym wzbił się w powietrze 'Do zobaczenia' powiedział poczym odleciał na północ. Falka wsiadła na konia, za Coenem obejmując go w pasie. Ruszyli powoli na południowy-wschód.
Rozdział 3: 'Tropiciel'
Ranek zastał ich już na ścieżce. Jechali, przytuleni, zadowoleni, szczęśliwi. W obozie znaleźli wszystko, czego było im trzeba. Mogli teraz rozkoszować się pięknem przyrody i sobą nawzajem. Falka siedziała przed Coenem odwrócona w jego stronę. Obejmowali się mocno i całowali namiętnie. Nagle wyostrzony słuch Coena coś wychwycił. Wiedźmin przestał się całować i zaczął nasłuchiwać. Zza zakrętu ścieżki doszły go odgłosy walki. Po chwili Falka również to usłyszała. Zsiedli z konia i biorąc broń przeszli szybko przez las sprawdzić, co się tam dzieje. Na ścieżce toczyła się spora potyczka. Grupa czterech elfów była atakowana przez bandę jakichś rabusiów. Na ziemi leżało już kilkoro elfów i kilkudziesięciu ludzi. Wiedźmin i elfka włączyli się do walki wypadając z lasu z miejsca tnąc dwóch zaskoczonych zbirów. Ich kompani szybko się przegrupowali i ruszyli na nowych wrogów. Coen starł się z wysokim i chudym blondasem uzbrojonym w dwie buławy, Falce natomiast trafił się niski i krępy łysielec z maczugą w rękach. Coen spokojnie pozwolił przeciwnikowi podejść i wyprowadzić kilka ciosów. Zgrabnie unikał jego trafień i w pewny momencie będąc na odpowiedniej pozycji z łatwością ciął go ze skrętem bioder. Ostrze otworzyło jamę brzuszną zbira. Ten stał przez chwile chwiejąc się jak osika poczym padł na ziemie grzebiąc się we własnych jelitach. Falka również nie miała problemów z przeciwnikiem. Łysielec był więcej niż powolny i Elfka z łatwością uniknęła jego ciosów poczym cięła go z dokroku w tętnice szyjną. Zbir szybko stracił siły razem z krwią i padł na ziemie. Niestety innym nie poszło tak dobrze. Elfy walczące często z trzema przeciwnikami naraz zginęły nieomal wszystkie. Przeżył tylko jeden. Wysoki, białowłosy w zielono brązowym stroju podróżnym. W rękach trzymał łuk i co i rusz słał strzałę w jakiegoś zbira. Owych zbirów pozostało jeszcze dziesięciu, ale Falka i Coen popatrzyli tylko na siebie i już wiedzieli, co zrobić. Oboje wykonali dziwne gesty dłońmi. Z dłoni Elfki wyleciał mały ognisty pociska trafiając jednego ze zbirów w szyje zabijając go na miejscu. Z dłoni Białowłosego nie wyleciało nic, ale jeden ze zbirów padł ze złamanym karkiem jakby od bardzo silnego ciosu. Tego już było dla nich za wiele i wszyscy nagle uznali, że odwrót jest całkiem dobrym pomysłem. Po chwili nie pozostał już po nich nawet ślad. Falka i Coen pochowali miecze a elf zdjął strzałę z cięciwy. Odwrócił się w stronę swoich niespodziewanych towarzyszy i jego wzrok spoczął na dłuższa chwile na Falce. 'Dziękuje za pomoc' powiedział przyjemnym głosem elf poczym zwrócił się bezpośrednio do Falki 'Wiesz, dlaczego tu byliśmy'. 'Wiem Koran, wiem' odpowiedziała spokojnie Falka patrząc w czerwone oczy elfa. 'Musisz iść ze mną księżniczko' ciągnął dalej elf. 'Nie chce... Koran, ty wiesz, dlaczego nie pozwoliła stracić tych ludzi i dlaczego ich uwolniłam'. 'Wiem, księżniczko, ale obliguje mnie rozkaz twego wuja, aby cię sprowadzić z powrotem na osąd'. 'Nie pójdę'. 'Pójdziesz' powiedział już mniej spokojnie elf i ruszył szybko w stronę Falki. Drogę mu jednak zastąpił Coen. 'Zejdź mi z drogi tym marny dh'oine'. 'Nie zejdę seidhe' odpowiedział spokojnie Wiedźmin. Nagle poczuł delikatne szarpnięcie w mózgu i jego amulet ostrzegawczo zawibrował. Elf błyskawicznie wyciągną strzałę i posłał ją w stronę Coena. Ten jednak biegł już w jego stronę z miecz w ręce i bez większego trudu zbił strzałę. Koran pośpiesznie zaczął wyciągać kolejną z kołczanu, jednak Wiedźmin był zbyt blisko. Uderzył płazem miecza w łuk wybijając go z rąk elfa. Koran odskoczył, aby zdobyć czas na wyciągnięcie swojego ostrza. Miecz elfa różnił się znacznie od prostego nie zdobionego miecza wiedźmina, był jednosieczny i zagięty, właściwie bardzie przypominał szable niż miecz, tyle, ze miał od szabli szersze ostrze. Elf zaatakował Coena z piruetu tnąc w głowę. Wiedźmin zgrabnie uniknął i ciął z dołu mierząc w tętnice na udzie. Teraz Koran uniknął ciosu przesuwając się nieznacznie w bok i uderzył z zamachu ponownie celując w głowę. Wiedźmin schylił się tylko unikając ostrza poczym uderzył z zamachy zza głowy. Koran sparował cięcie nad głową, ale Coen był od niego silniejszy i skrzyżowane ostrza opuszczały się niżej a siłujący przeciwnicy byli coraz bliżej siebie. Nagle Coen puścił miecz prawą ręką i uderzył nią elfa w twarz. Koran się czegoś takiego nie spodziewał i nie miał szans na reakcje. Wargi elfa pękły pod siła ciosu a on sam poleciał na ziemie. Zanim zdążył wstać Wiedźmin był już przy nim i delikatnie położył mu miecz na splocie słonecznym. Czerwone oczy elfa ciskały pioruny w spokojnie błękitne oczy Wiedźmina. W tym momencie podeszła do nich Falka. 'Spokojnie Koran, teraz możesz wrócić do mojego wuja bez hańby' powiedziała spokojnie, a elf popatrzył na nią zdziwiony wiec zaczęła wyjaśniać 'Wiem jak ważny dla ciebie jest honor, dlatego wiedziałam, że nie zrezygnujesz, ani nie pozwolisz mi odejść, gdyż musiał być wrócić na dwór mojego wuja w pohańbieniu, że nie udało ci się mnie odnaleźć, jednak teraz, kiedy Coen cię pokonał możesz wrócić spokojnie, bo wuj nie będzie miał ci za złe, że przegrałeś'. 'Przegrałem z jakimś marnym dh'oine, to wystarczające hańba' powiedział z wściekłością w głosie. Coen uśmiechną się poczym sięgnął pod koszule i wyciągnął swój amulet i powiedział spokojnie, 'Ale przegrać z rzeźnikiem stworzonym do zabijania elfów nie jest hańbą, i ów wuj na pewno to doceni a na dowód naszego starcia masz rozwalone wargi' Koran zbladł lekko, kiedy zobaczył amulet wilka jednak w miarę słów Coena odzyskiwał powoli kolory. 'Przecież wszyscy wiedzą, że Vatt'ghern żyje tylko po to, aby zabijać elfy' powiedziała spokojnie, Falka kiedy Coen zabrał miecz i pomógł wstać Koranowi. 'Skoro tak to, dlaczego mnie nie zabił? I Ciebie?' Zapytał lekko zdezorientowany elfi łucznik. 'Bo wszyscy się mylą' odpowiedział spokojnie Coen. Koran popatrzył na Wiedźmina z niechęcią, ale to, co mówili miało sens. Elf pozbierał swoje rzeczy poczym powiedział 'Dobrze, więc, zrobimy jak radzicie, jedźcie, ja wrócę na dwór i wyśle stamtąd jakiś patrol po ciała. Żegnajcie.' Powiedział zagłębiając się w las. Coen popatrzył za nim przez chwile poczym gwizdną na palcach. Koń przybiegł po chwili. Coen posadził Falkę na siodle a sam usiadł za Nią obejmując Ją w pasie. Elfka oparła się o jego tors i powoli ruszyli przed siebie. Po jakimś czasie Coen zapytał 'Wyjaśnisz mi teraz, o co chodziło i w jaki sposobu powiedziałaś, aby walczyć z Koranem i go pokonać?'. Falka uśmiechnęła się, 'Od kiedy się spotkaliśmy i zaczęliśmy być razem powoli budowała pomost między naszymi umysłami. Na razie jest on niestabilny, ale z czasem będziemy mogli przesyłać sobie nawzajem myśli drogą telepatyczną, oczywiście, jeśli tego chcesz' powiedziała spokojnie z nadzieją w głosie. Coen w odpowiedzi pocałował ją delikatnie w kark. Falka uśmiechnęła się szczęśliwa z takiej odpowiedzi. 'A o co chodziło z tym dworem i tą twoją zabronią, za którą miałaś zostać osadzona?' Zapytał Białowłosy 'Myślałem, że dwory elfów już nie istnieją'. 'Nie chce o tym na razie rozmawiać' odpowiedziała Falka z odrobiną smutku w głosie. 'Dobrze' odpowiedział Coen. Przez chwile jechali w milczeniu, gdy nagle Coen zapytał 'A ten Koran? Łączyło Cię coś z nim?'. Oczy Falki zapłonęły z gniewu i Coen dostał od niej łokciem w brzuch. Stęknął lekko bardziej z rozbawionego zdziwienia niż bólu. Falka odwróciła się w siodle i spojrzała mu w oczy. 'Wybacz mi moją rekcje' powiedziała skruszona 'Nie, nie byłam z nim...Prawdę mówiąc to je jeszcze z nikim nie byłam'. 'To tak jak ja' odpowiedział Coen. Falka ponownie spojrzała mu w oczy i ponownie tak jak na początku nie dostrzegła w nich ani sarkazmu ani rozbawienia. Dostrzegła w nich natomiast cos innego, coś głębszego i wiedziała, co to za uczucie. 'Ja ciebie też' odpowiedziała i zaczęła całować się z nim delikatnie. On objął ją ramionami a ona się w nie wtuliła. Chyba nigdy jeszcze żadne z nich nie czuło się tak szczęśliwe. I tak podróżowali na południe, całując się i przytulając a koń powoli przestawał się dziwić ich zachwianiu i zaczął się przyzwyczajać.
Koniec


