W karczmie jak to w takich karczmach wieczorem było wielu osobników, o których można by pomyśleć, że bali się wody. Co jakiś czas wybuchały wrzaski, śmiechy, ktoś Wypuszczał z żołądka przez usta długo nie goszczącą tam strawę składającą się głównie z dobrze sfermentowanego mięsa, którego pochodzenie okryte było mroczną tajemnicą. Słowa te nie są słowami krytyki czy niechęci do miejsca, tak po prostu było w takich karczmach w całej Kadii. Wszyscy zgromadzeni byli dziś Wyjątkowo weseli, dawali temu wyraz we wszelkie możliwe sposoby. Wytłumaczeniem tego stanu rzeczy mógł być doroczny targ w mieście Kautag, na południe dwa dni drogi stąd. Targ miał się odbyć za tydzień, ale nowo ustanowione święto "Za tydzień targ" wszystkim się spodobało. Rzecz jasna na następny dzień karczmarz szykował trunki na jeszcze nowsze święto "Za sześć dni targ", które z pewnością równie dobrze spodoba się zebranym jak dzisiejsze. Targ Kautański jak go określano był największy w Kadii, a jednym z większych w całej Ketanii. Jego sława wciąż rosła gdyż ścigał kupców i wielbicieli piwa z miejsc, których nawet nazwy trudno wymówić a co dopiero o ich położeniach rozprawiać. Ceny były umiarkowane, klientela dość kulturalna, atrakcji sporo, więc czekano nań, z niecierpliwością cały rok. Wszyscy byli tutejsi poza jednym. W zacienionym kącie siedział nikomu nieznajomy osobnik, obrzucał podejrzliwym spojrzeniem każdego nowo przybyłego a i tych, co byli tu przed nim nie zostawiał bez oględzin. Siedział przy okrągłym stoliku sam, jakoś, nikt nie kwapił się by mu towarzyszyć, odstraszał ich zapewne napój, jakim się delektował, czyli mleko!. Mimo iż siedział widać było, że jest wysoki, tak chudy, że aż kościsty, jego jasne krótkie włosy dokładnie przylegały do głowy a surowe spojrzenie zdawało się przyszpilać obiekt jego oględzin na wylot. Ubrany był w jasny płaszcz a na szyi miał, jakiś błyszczący amulet. Wesołość, czeredzii wcale nie chciała mu się udzielić. Co jakiś czas wyjmował z prawej bardzo pojemnej kieszeni pomiętą kartkę papieru, nie czytał jednak tekstu tylko przyglądał się pieczęci przedstawiającej, jakiegoś drapieżnego ptaka. Siedział i zniecierpliwiony czekał.
***
Do karczmy zbliżało się dwóch osobników, jeden sporo niższy i sporo krępszy za to drugi, widać było po chodzie, zręczniejszy. Mimo zmroku po zapachu napojów i odgłosach bez problemu trafili na miejsce.
-Oto ona. Pod Czerwonym Kurem, jak chwalą się miejscowi dają tu najlepsze piwsko w Kadii, no, ale nie tylko po piwsko tu przychodzimy, co Romek, przede wszystkim idziemy tu po, jak to było napisane, coś.
-Hojne wynagrodzenie - odparł ze zmęczeniem w głosie towarzysz - a tak właściwie to, co to znaczy to hojnie?
-HA HA - ryknął ten niższy - o człowieku małej wiedzy, nie wiesz co to znaczy?. Nic dziwnego, że skończyłeś jako nędzny złodziejaszek. No cóż, my skrzaty byliśmy zawsze inteliii eee, a tak mądrzejsi.
-Jak wiem to byliście zawsze bardziej nietrzeźwi, a dzięki temu, że posiadam nadludzki wręcz spryt i udało pożyczyć mi się pieczęć Jastrzębi to mamy to zlecenie. A z tym hojnie to chciałem cię tylko sprawdzić. I jeszcze raczej nic nie dostaniemy, bo to wynagrodzenie i musi ono, za coś być.
-Żadno zadanie nie jest za straszne, żadna misja zbyt trudna, po prostu wpadamy do środka, gadamy ze świętoszkiem, robimy, co trzeba i zgarniamy talary HA - skrzat po wygłoszeniu podniosłym głosem podsumowującego zdania pchnął drzwi, których zgrzytu, choć nalewno takowy by był, w tym rozgardiaszu nie słychać było. Po przekroczeniu progu podeszli do karczmarza i spytali czy aby ktoś nie zamówił mleka, ten wskazał im człowieka w rogu i napełnił dwa kufle piwem. Nieznajomy ów był kapłanem świątyni Aurela, mleko, które dopijał było znakiem rozpoznawczym, na jaki umówił się listownie z najemnikami, o których przeczytał na ulotce w mieście. Skupił swą uwagę na skrzacie gdyż niewielu ich się tu spotykało. Wygląd jego jak na skrzata był całkiem typowy, mięsisty nos, bujna ruda broda z gdzieniegdzie zaplecionymi małymi warkoczykami, gruby skórzany pas z mocno przymocowaną sakwą. Skrzat ów i jego towarzysz obrócili się, chwilę porozglądali się po karczmie i zauważyli mleko stojące na stoliku kapłana doń się udali. Kapłan wstał ukazując powagę swego wzrostu i powitał nieznajomych: - Witam, jestem Tredor, kapłan świątyni Aurela z miasta Kautag, wyście zapewne tymi, na których czekam.
-Tak jest - odparł z zadowoleniem w głosie skrzat - jestem Rolf, a to mój towarzysz Romek. My jesteśmy tymi, kogo wzywa się w krytycznych sytuacjach - mówił podparty lewą ręką pod bok - w sytuacjach, w których nikt więcej dać sobie rady nie może, więc siadajmy i mówmy panie o tym, co ci na sercu leży, bo długo na nogach dziś byliśmy a i piwo nam się grzeje. Tak też uczynili, kapłan jeszcze chwilę przyglądał się parze najemników, i zaczął:
-No, więc jesteście z gildii Jastrzębia.
-Pewnie, że tak! - przerwał mu w pół zdania Romek zwracając tym samym na siebie złowieszczy wzrok Rolfa.
-W to nie wątpię, w końcu widziałem pieczęć - ciągnął dalej Tredor - no, ale czy macie wystarczające doświadczenie - na twarzy Rolfa natychmiast powstał grymas gniewu. -Co?!. Doświadczenie?. W większej ilości wojen brałem udział niż moje cztery kończyny palców posiadają - wybuchnął gniewnie skrzat - Czy mamy doświadczenie? HA, to jak czy byk siano lubi, jasne, że mamy!.
-To dobrze - wybuch Rolfa zdawał się nie robić na kapłanie większego wrażenia - bo z nie byle, kim przyjdzie nam walczyć.
-Nam, to braciszek będzie nam towarzyszył. Słyszałem, że nie nosicie mieczy.
-Same miecze mogą okazać się niewystarczające, tak jak same moje umiejętności, będziemy się, więc uzupełniać.
-Czemu nie wziąłeś na misję nikogo od siebie - pytał Romek.
-Bo dyskrecja jest konieczna, a słyszałem, że najemnicy Jastrzębia są dyskretni.
-I drodzy - dodał Rolf.
-Koszta nie grają roli, zostaniecie należycie wynagrodzeni.
-A, z kim przyjdzie się nam mocować?. Po pytaniu tym Tredor pochylił się do przodu i ściszonym głosem rzekł:
-Słyszeliście o ożywieńcach? - Usłyszawszy to słowo Rolf się zakrztusił, Romek począł go niemiłosiernie tłuc po plecach, w dobrej wierze oczywiście. Po kilku minutach odksztuszania cichym głosem powtórzyli za kapłanem: - Ożywieńcy?.
-Tak, widziano kilku w pobliżu miasta, niedługo targ i nic się nie może wydać, należy ich jak najszybciej zniszczyć. Romek spoglądał na Rolfa i na odwrót. Widać załamała się ich pewność siebie. Tredor rzucił na stolik sakwę. - Jest w niej dwadzieścia talarów, po wykonaniu zadania dostaniecie trzy razy tyle. Jak już mówiłem będę wasze miecze uzupełniał moimi możliwościami? Słowa te jak i sakwa dodały odwagi najemnikom.
-Kiedy, więc wyruszamy - spytał Rolf.
-O świcie.
***
Mięli całą noc na przygotowania. Rolf włożył dość wiekową kolczugę, hełm z rogami (tzn. jednym rogiem, drugi był obłamany) po dziadzie, w prawicy dzierżył skrzaci topór z grawerowanymi runami mającymi zapewnić zwycięstwo w walce w lewicy zaś okrągłą drewnianą tarczę z wizerunkiem przepełnionego kufla piwa. Romek włożył ciemny płaszcz z szerokimi rękawami, w których chował krótkie sztylety, na plecach krzyżowały mu się dwa cienkie miecze, głowę zaś chował w szerokim kapturze. Kapłan nie zmienił nic ze swej garderoby, wziął ze sobą tylko małą skórzaną torbę i powiesił ją na ramieniu. Jak było umówione wyruszyli na swych koniach o świcie zostawiając za sobą miasteczko.
Świt - czas, kiedy noc z dniem nową walkę zaczyna i bezwolnie, znowu paść w niej musi, by za czas krótki bój nowszy jeszcze rozpocząć i wygrać, i tego dokona. Wojna od zarania świata trwa tak nieustannie i aż po kres jego nierozstrzygnięta trwać tak będzie. Towarzyszą tym walkom przeróżne zjawiska, jedne niedostrzegalne, inne aż nadto widoczne: wiatr, deszcz, cień, mgła i barw roztańczonych niezrównana gra.
Taką grę właśnie obserwowali Rolf, Romek i Tredor. Obłoki za dnia białe i puszyste a nocą szare i mroczne były teraz koloru różowo pomarańczowego i zdawały się przykrywać wschodnią świata część pierzyną różanego puchu.
Wjechali na drogę wiodącą z miasta do Kautagu, w odległości kilku wiorst widoczna była ściana żywo zielonego lasu. Słońce było jeszcze bardzo nisko nad horyzontem, czuli na policzkach przyjemny powiew lekkiego chłodnego wiatru ze wschodu.
Zbliżali się do lasu z szybkości, na jaką pozwalały im ich dość wiekowe środki lokomocji. Byli już w odległości pozwalającej odróżnić poszczególne pnie drzew, gdy nagle Rolf wziął wyraźny wdech i roztkliwiony pięknem poranka poczuł śpiewać jedną ze swych skrzacich pieśni, a brzmiała ona mniej więcej tak:
Przerz doliny i wyżyny
przenosił topór swój siny
zacny, mądry, dzielny skrzat,
z czynów swych wielce rad
Znał on rzeki łez i krwi
miał radości w życiu swym
mężnym wodzem zawsze był
o zwycięstwach ciągle śnił
Gdy był młody w ogniu rósł
i w straszliwych gromach burz
Nie znał lęku ani strachu
pragnął krwi wroga zapachu...
Rzecz jasna Rolfowi daleko było nawet do ulicznych bardów, ale tej monotonnej pieśni sławiącej, jakiegoś dawnego skrzaciego bohatera z zadumą przysłuchiwali się towarzysze. Spostrzegli się, że są już w lesie wtedy, gdy śpiewakowi skończyły się słowa i począł z różnymi to efektami improwizować. Widać było satysfakcję na twarzy Rolfa po wykonanej pieśni, ale po jej skończeniu długo już nie padło ani jedno słowo. Tredor wysunął się na przód około dwóch sążni i tak podróżowali już przez kilka godzin. Przez resztę dnia jedynymi odgłosami dochodzącymi ich uszu były śpiewy ptaków i szum liści. Wieczorem znaleźli polankę niedaleko drogi i rozbili tam obóz. Romka zdziwiło nieco to, że Tredor nie miał nic przeciw dość wczesnemu odpoczynkowi, tak jakby wcale się nie spieszył no, ale targ miał się zacząć dopiero za sześć dni. Następnego dnia jeszcze przed wschodem słońca kapłan zbudził Romka i Rolfa, nie pozwolił się nawet posilić tylko kazał już wsiadać na koń. Jego dzisiejsze zachowanie widocznie różniło się od wczorajszego, był znacznie żywszy i bardzo mu się spieszyło, więc cały czas poganiał współtowarzyszy. Znów jechali bez słowa tyle, że znacznie szybciej, gdy nagle niewiadomo skąd niewielki kamień uderzył kapłana w głowę a ten spadł z konia jak dojrzałe jabłko z jabłoni. Po pierwszym były kolejne, grad kamyków różnej wielkości, z których największy był rozmiarów zaciśniętej dziewczęcej pieśni posypał się na podróżników. Rolf natychmiast zeskoczył z konia chowając się za nim i zaklął -świńskoryje koboldy!... Flaki wam powypruwam!!!. -Lecz odpowiedzią był tylko krótki ledwo dosłyszalny chichot i kolejne kamienie. Płaszcz Romka dawał mu jako taką ochronę, ale by nie doznać większych obrażeń czołgał się po ziemi ledwo utrzymując swego konia na miejscu. Tredor wstał, lecz kolejny kamień dosięgną go tym razem rozbijając jego amulet. Koboldy dobrze skryte w gałęziach drzew wiedziały, że nic im nie grozi gdyż ich przeciwnicy nie mogli ich dostrzec. Przynajmniej przez krótki czas, który właśnie się skończył, Tredor widząc podskakujący krzak wyjął z torby purpurowa fiolkę, która cisnął weń z całej siły. Fiolka dosiągłszy celu eksplodowała zamieniając krzak i kryjącego się weń kobolda w pochodnię, ów kobold-pochodnia przeszedł piszcząc jeszcze kilka kroków na środek drogi i padł usmażony. Romek rzucił wyostrzonym okiem na Tredora i zauważył, że część naszyjnika, Aurela jaka ostała się na kapłanie piersi wcale nie przedstawiała białego okręgu z płomieniem w środku, koboldzi kamień odsłonił inny znak, który krył się wewnątrz amuletu, jego fragment wyglądał na ramię czarnej gwiazdy z białą chyba kulą w centrum. Tredor widząc zbliżającego się Romka przeszył go swym srogim wzrokiem, zdjął resztki amuletu z szyi i schował je do kieszeni. Romek chciał widać zamienić kilka słów z kapłanem ten jednak odwrócił się i rozkazał jechać, nie marnować czasu. Rolf jeszcze, przez jakiś czas rzucał wiązankami przekleństw, nic się jednak już nie wydarzyło. Po odparciu napastników ruszyli w drogę, Tredor wyjechał jeszcze bardziej na przód jakby nie chciał ani rozmawiać ani mieć cokolwiek wspólnego zresztą. Romeka ogarnęło jakieś złe przeczucie, którego nie mógł dokładnie określić, wiedział tylko, że dotyczy ono Tredora. Wzmogło się ono jeszcze bardziej po tym jak zobaczył fragment skrywanego medalionu i gdy ujrzał złowieszczy wzrok kapłana. Nie chciał się dzielić swymi przypuszczeniami z Rolfem gdyż niczego jeszcze nie był pewien, na razie starał sobie wyobrazić cały ten znak i z czymś go powiązać, lecz w tej chwili nie był w stanie. Jechali tak dalej aż dojechali do rozstaju drogi, kapłan skręcił w lewo i obrócił upewniając się czy najemnicy jadą za nim. Przystanąłby powiadomić ich o blisko ci celu. Zdziwiło to nieco jego towarzyszy gdyż Kautag było sporo wiorst w prawo. Droga zamieniła się stopniowo w ścieżkę, a następnie całkowicie znikła.
Albo noc już zapadła albo las tak ciemny, zewsząd mrok i głusza, nawet ptaków nie ma. Konie poczęły niespokojnie parskać, atmosfera tej części lasu przyprawiała nie wiedzieć, czemu o gęsią skórkę. Początkowo był tylko mrok później po kilkunastu minutach dochodził ich smród zgnilizny. Kapłan prowadził ich sobie tylko wiadomymi traktami, spytany przez Rolfa czy aby na pewno zna drogę nic nie odpowiedział tylko bez słowa jechał dalej. Bez słowa, bo i chyba milczeć tu należało, każde drzewo, każdy krzak wydawał się być drapieżnym zwierzem czyhającym na nieuważnego podróżnika. Ziemię przykryła nieprzenikniona mgła wyłażąca z nor jak płaz ze skorupy. Powietrze lepkie i wilgotne przenikało przez nozdrza do płuc i zdawało się je zalepiać śmierdzącym woskiem. Romek z Rolfem poczęli niespokojnie rozglądać się, dookoła gdy Tredor znikł im z oczu w kłębach nie mgły już, lecz zgniłego dymu i nagle... pojawił się między nimi!. Obydwaj aż podskoczyli na siodłach, gdy go ujrzeli tu a nie tam. Myśleli teraz jak mógł tak szybko i niezauważenie przejechać tych kilka sążni ich dzielących. Po pierwszym szoku nadszedł kolejny, zauważyli zmianę, jaka w nim zaszła. Stał się, jakiś wyższy, ciemniejszy, nawet płaszcz mu zszarzał. Bił od niego chłód i niepokój. Spoglądał na nich krzywo uśmiechając się i odsłaniając swe... kły!!!
***
Pchnął Rolfa z taką siłą, że ten znalazł się dwa sążnie od swego konia, Rolf miał zamiar użyć topora, lecz w ślad za nim leciał Romek i wylądował na nim. Nie zdążyli wstać jak ziemia pod ich stopami zapadła się a oni rozpoczęli upadek z niebagatelnej wysokości, dno było jednak wystarczająco błotniste by nie połamali sobie kości.
Znaleźli się w małym, ciemnym pomieszczeniu bez drzwi, do którego wpadały słabiutkie promyki słońca przez otwór nad nimi, nie wiedzieli jeszcze, o co chodzi, wiedzieli tylko, że była to pułapka mająca na celu ich schwytanie lub zabicie. Nie wiedzieć, czemu, może pod wpływem upadku, stęchłego powietrza lub strachu Romek począł do siebie mówić, krzyknął nagle - To Necres!!!-
-Eeee, co?- odpowiedział obolałe, Rolf wstając na nogi i sprawdzając czy aby nie krwawi
- Jaki Nakr?, dlaczego?.
-To była czarna gwiazda z nie kulą, lecz czaszkę w środku, to był znak Necresa - na twarzy Romka rysowało się coraz wyraźniejsze przerażenie - Necresa, pana Nekromantów. Oni chcą nas przemienić, ale dlaczego nas? - pytał przestraszony.
-Bo jesteście, jak gada się na kasztelach, jednymi z najlepszych najemników, w końcu jesteście "Jastrzębiami".- odpowiedział głos z za ściany. Nagle rozległ się skrzypiący odgłos i część ściany otworzyła się a w niej ukazał się Tredor. Rolf podniósł do góry swój topór i rzucił się na niego, lecz ten cisnął weń jedną ze swoich fiolek i szybko się cofnął a ściana ponownie się zamknęła. Dym unoszący się z fiolki sparaliżował więźniów, w jednej sekundzie zwalili się w błoto jak ścięte drągi.
Obudzili się związani, bez broni, ale w swych szatach. Leżeli na dwóch ławach, kończyny unieruchomione były żelaznymi obręczami zamkniętymi na klucz. Na ławach tych i obręczach widoczne były ślady zakrzepłej krwi i kawałki zaschniętego ciała. Sala, w której się znaleźli była wysoka, na jakieś trzy sążnie, zalana była w półmroku, na ścianach przymocowane były nieliczne pochodnie. Obudzili się niemal równocześnie, natychmiast uderzył ich suchy fetor śmierci. Rolf zatargał więzami, lecz te okazały się silniejsze. Odgłosy tych targnięć, choć krótkie przywołały strażników, którzy zapewne byli źródłem tego fetoru. Były to cztery istoty, które w Ketanii określa się mianem ożywieńców. Stali blisko siebie w odległości dziewięciu stóp od najemników. Dwóch, jeden szkielet z szablą i kawałkami czarnej ze starości skóry na kościach oraz bardziej świeży żywy trup w podartych, obrośniętych pleśnią i grzybami szatach przykrywających gnijące ciało, otwierające się ciągle rany i wypływając z nich ropę gapili się na Rolfa swymi pustymi oczodołami. Dwóch kolejnych żywych trupów zapatrzonych było w Romka. W umysłach dzielnych bohaterów, którzy idą tam gdzie inni iść się boją tkwiła tylko jedna myśl - "Ja chcę do domu!!!". Rolf spojrzał na Romka ze zrezygnowaniem i pytaniem w oczach -"Masz jakiś plan?!". Romek wskazał wzrokiem swój szeroki rękaw, z którego wystawał zakrzywiony drucik. Począł nim manewrować, zgrzytnęło, jęknęło nic się nie stało a drucik upadł na posadzkę. Rolf spanikował, odwrócił głowę i myślał, co ostatniego powie przed śmiercią, przed końcem swego młodego pięćdziesięcioośmioletniego życia. Raz jeszcze szarpnął za obręcze i czekał. Romek się nie poddawał, miał jeszcze jeden rękaw z drucikiem.
Zgrzytnęło, jęknęło i...coś się stało. Zamek w obręczy puścił. Zgrzytnięcie to usłyszeli jednak strażnicy, poruszyli się, ci, którzy gapili się na Rolfa przenieśli teraz swój pusty wzrok na złodzieja. Zauważyli jak wysuwa się mu z rękawa, coś podłużnego. Romek wysunął z rękawa fiolkę, cisnął nią w tych, co stali bliżej niego. Efekt był taki jak na koboldzie, fiolka dosiągłszy umarlaka eksplodowała na jego głowie rozrywając ją na kawałki, drugi, co stał z boku oberwał ognistą falą uderzeniową i począł się intensywnie palić. Ten, co gapił się na Rolfa został odepchnięty na szkielet, razem runęli na posadzkę. Podczas gdy płonący biegał po pomieszczeniu machając swymi kończynami Romek rozpracowywał drugi zamek, Rolf nie wiedząc, co się dzieje począł się szarpać z całych sił, lewa obręcz poddała się z trzaskiem nie zostawiając jednak dopiero, co więzionej ręki bez ran. Żywy trup był już na nogach, gdy Romek wpakował weń dwa małe sztylety z rękawów. Obydwa zadomowiły się w brzuchu półtrupa, lecz nie na długo. Ten wyciągnął je i rzucił na posadzkę przyhamowując nieco swego kroku. Szkielet jak to istoty z zanikiem mięśni miał kłopoty z poderwaniem się na kości nóg. Czas ten wykorzystywał Rolf wyrywając się z drugiej bransolety. Romek z trupa bez głowy wydobył topór Rolfa i zamachnął się na tego z dziurami w brzuchu. Topór szczęknął o szablę i wyrwał ją ze zgniłej ręki. Kolejny cios wylądował znów na brzuchu nieszczęśnika czyniąc teraz znacznie większe obrażenia. Szkielet wstawszy końcu na kikuty ruszył na walczącego z więzami nóg Rolfa. Spuścił z góry zardzewiały cienki miecz, który zgrzytnął o część bransolety służącej skrzatowi za tarczę. Rolf prawą dłonią chwycił za udo umarlaka i z dziką furią wyrwał je właścicielowi, ten zachwiał się i runął do tyłu. Zombi mimo wąwozu na żołądku parł na Romka z gołymi rękami, po chwili jedną ręką, po kolejnej chwili bez rąk i bez nóg. Na posadzce leżał już tylko wijący się korpus z, nie, już bez głowy. Szkielet podczołgał się pod, Rolfa, ale natychmiast na czaszce wgniotła się jego własna kość, jak widać twardsza niż kość potyliczna.
Oswobodzeni na czas jakiś wybiegli przez wysokie drzwi na wąski korytarz oświetlany nielicznymi pochodniami, ściany w tym świetle zdawały się być złociste, zbudowane były z chyba piaskowca wiele wieków temu. Biegli przed siebie nie zastanawiając się ogóle gdzie, aż w końcu przystali zdyszani. Romek w trakcie postoju wyjaśnił, że wybuchający eliksir "podwędził" Tredorowi podczas walki z koboldami, mówił też cos o beznadziejności ich położenia, że nie wiedzą jak uciec, że na pewno zginą i takie tam. Rolf zaś teraz był pełen nadziej, otuchy dodawał mu fakt rozwalenia łba kościotrupowi. Zaraz wybuchła kłótnia o powód ich obecnej sytuacji, Rolf obwiniał Romka, bo to on "podwędził" pieczęć super najemników i Tredor wziął ich za takich, Romek zaś przypominał, że pieczęć to był ich wspólny plan a bez nich nie mięliby klientów, nie jego wina, że Rolf to nie sławny wojownik, tylko zwykły skrzat, który wyrwał się ze skrzacich ciemnych miast i chciał zaznać przygód. Zaraz pewnie rzuciliby się sobie do gardeł gdyby nie usłyszeli początkowo słabych, ale szybko rosnących na sile ryków, wrzasków i skomleń. Oddział poszukiwawczy ruszył. Nie należało zostawać na miejscu długo. Ruszyli, więc znów przed siebie, mijając kolejne zakręty i korytarze boczne. Dudnienie było słychać teraz z kilku stron, byli okrążani i nie znali planu labiryntu. Nagle przed nich wyskoczyła spora grupa trupiaków, Romek odruchowo cisnął drugą fiolkę, ognisko powstałe przed nimi zatrzymało oddział, odwrócili się i przebiegli kilka kroków, gdy w wilgotnym powietrzu świsnęła strzała, potem druga i trzecia. Z korytarza prostopadłego do tego, w którym się znajdowali stał Tredor z rozdziawioną zabawnie paszczą i trzymał łuk. - Czeekaajcie, nikt wam nic nie zrobi - wysyczał - Jesteście zbyt cenni dla mego pana, jako jego sługi będziecie żyć setki lat tak jak ja, widzicie, jaki jestem piękny i silny.
- Na pohybel z twoim panem, chędożcie się psie syny, niczyim sługusem nie będę! - wydarł się zgadnijcie, kto - I moja brudna pacha jest ładniejsza od ciebie trupie!.
Po serii obelg zaczęli uciekać, ale głos Trdora był szybszy.
- Potrzebne są nam wasze nie podziurawione ciała, lecz sami prosicie się o uszkodzenia. I powietrze rozcięła kolejna strzała tym razem nie chybiając. Rolf potknął się o padającego Romka, a Tredor zbliżał się dziwnie szybko jakby nie dotykając ziemi. Romek natychmiast podał skrzatowi ostatnią fiolkę, a ten zaczekał na oprawcę.
- Och, bardzo przepraszam, ale sami widzicie, że bez lekkiego uszkodzenia by się nie obyło.
- Nażryj się - zaryczał Rolf i miotnął w uśmiechniętego z całej siły. Płaszcz Tredora zajął się błyskawicznie zmuszając go do odwrotu, zapiszczał jeszcze wściekle i pomknął gdzieś. Romek wyrwał strzałę z łydki i próbował biec, po kilku krokach zwalił się jednak na podłoże. Co dziwne nie czuł bólu, w ogóle nie czuł kończyny, co go przerażało? Domyślał się, co się dzieje, strzała była zatruta, trucizna paraliżowała mięśnie. Uniósł się raz jeszcze i ostatkiem sił fizycznych i woli biegł, raczej kuśtykał w mroczność tunelu.
- Odpocznijmy chwilkę Romek, trza cię opatrzyć, gnojas prędko nie wróci jak go przypaliłem.
- Słyszysz, te skrzeki, te wycia?
- Nic a nic - odparł zdziwiony krasnolud, trucizna w krwi Romka już działała - Daj no nogę, niech oględne.
To, co zobaczył nie było szarlotką u babci, to była stara szarlotka u znienawidzonego dziadka. Rana drobna, nie krwawiąca a jednak straszna. Rolf zbliżył pochodnię zdjętą wcześniej z jakiejś ściany i tylko rzucił okiem na fioletowo brunatną plamę otaczającą otwór. Od centrum promieniście rozchodziły się nabrzmiałe i różowe żyły, ze środka zaś sączyła się żółto przezroczysta maź. - Trucizna - wyszeptał - doszła już daleko. Możesz iść?
- Spróbuję, eee chyba nie.
Skrzat podniósł towarzysza i tak szli niewiadomo gdzie, niewiadomo jak długo. Romek tracił czucie w coraz to innych członkach. Rolf musiał już go nieść, marsz opóźnił się bardzo, nie wiedzieli, że krążą w kółko do czasu, gdy ujrzeli upieczonego trupiaka. Nagle z ciemności wynurzyło się kilkunastu ożywieńców. Zaczęli pościg. Jeden z trupów rzucił toporem, który zagłębił się w ścianę, opadł następnie ukazując wnętrze pomieszczenia skąd zaczęli przygodę ze śmierdzielami. Rolf poszerzył szczelinę toporem i wcisnął się w nią z Romkiem. Nad nimi otwór, przez który wpadli, przed nimi zgraja stworów. Poczęli wspinać się jak tylko mogli najprędzej, skrzat ujawnił, widać wcześniej skrywane, zdolności alpinistyczne. Romek podciągnął się na sążeń w górę i runął na glebę już nie wstając. Stracił przytomność. Rolf próbował sięgnąć towarzysza, ale ni stąd ni z owąd na dole pojawiła się znajoma łapa. Łapa owa, mimo iż nieco osmolona zadała skrzatowi taki cios, że ten nadrobił jakieś pięć stóp wspinaczki a chwilę później wciągnął nieprzytomnego Romka w głąb nieumarłej ciżby.
Na dworze dzień już nastał, światło wlewało się kojącymi strumieniami głąb dziury w ziemi. Otwór, przez który próbowali uciec został zasypany. Umarlaki widać niezbyt lubiące dzień, poszły na odpoczynek. Rolf wydostał się na powierzchnię, szedł gdzieś przed siebie nie wiedząc gdzie. Nie opuszczały go przed chwilą ujrzane obrazy. Chciał znaleźć się jak najdalej stąd. Zmierzchało, był już daleko.
***
ThoRiaN


