- Kiedyś powrócisz do swoich dolin i swoich farm - zamruczał nieznajomy. Znała tę piosenkę... Tylko w innym języku. Nie miała sił, by się podnieść i powiedzieć mu, co myśli o wariatach, hałasujących po nocach i nie dających normalnym ludziom spokojnie się wyspać. A tak w ogóle, co ten pomyleniec robił w jej sypialni? Gdyby tylko te ręce nie były takie ciężkie...
- Mógłbyś z łaski swojej przestać hałasować? To, wyobraź sobie, utrudnia koncentrację.
- Mógłbym. Poznaj moją wspaniałomyślność.
- Ty naprawdę jesteś pomylony.
- Co ty nie powiesz? To nie ja leżę jak długi na kurhanie. "Na jakim kurhanie?"
- Na twoim miejscu to ja bym się szybko pozbierał i stąd wiał. Zaraz tu będzie Elvira, a ona jest cięta na takie jak ty.
- Elvira?
- Zła Wiedźma ze Wschodu, jeśli ci to pomoże. Tak ją nazywały niektóre cukierkowate stworzonka, zamieszkujące niegdyś te strony. A tak na marginesie, rad jestem, że nie masz ze sobą psa.
- Mój drogi nieznajomy ktosiu, upewniasz mnie tylko o swoim pomyleniu. Dlaczegóż to niby miałabym mieć ze sobą psa? Nawet nie lubię zwierząt.
- To nam ułatwia sprawę - mruknął nieznajomy. - A teraz wstawaj. Nie mamy czasu na bezproduktywną konwersację.
- Jedyny przypadek, w którym się z tobą zgadzam. Spadaj więc.
- Co proszę?
- Idź sobie. Brykaj stąd. Wynoś się. Najlepiej do diabła. Byle dalej ode mnie.
- I próbuj tu ratować tyłek jakiejś smarkuli! - mimo opuszczonych powiek zobaczyła niemal, jak podnosi oczy do nieba w teatralnej pozie. - Dla twojej informacji, jeśli Elvira wyczuła twoje przybycie, a wyczuła na pewno, to zaraz tu wpadnie i tak cię powita, że sama się w lustrze nie rozpoznasz. Moje rady są dobre. A obawy, hmm... Uzasadnione. Podnoś się natychmiast!
- Jeśli miałbyś nie dawać mi spokoju przez...
- Hmm, całą wieczność? Jak miło ujrzeć twą promienną twarzyczkę. Podniosła się. Ledwie. Zapuchnięte powieki dały się lekko uchylić.
- Zaraz, zaraz. Ty jesteś... Kotem.
- A co, spodziewałaś się czterech milusich Manczkinów w niebieskich surducikach i spiczastych kapeluszach z dzwoneczkami, w towarzystwie grubej starszej wróżki?! - wyrzucił z siebie na jednym wydechu. - Jestem El. Kot, jak słusznie zauważyłaś. Ale, ale... Byłbym zapomniał. Witaj w Oz.
Fakt, że nie jest to jej sypialnia, nie ulegał najmniejszej wątpliwości. Co więcej, uświadomiła to sobie z całą jaskrawością, gadający kot wcale nie zdradzał symptomów bycia złudzeniem, fatamorganą, przywidzeniem ani wytworem chorej wyobraźni. Zaczęła gorączkowo przetrząsać zakamarki swojej pamięci w poszukiwaniu śladów, wskazujących na nadmierne spożycie używek w dniu wczorajszym. Nic takiego jednak nie potrafiła odnaleźć. Czuła za to zapach trawy, słyszała świergot ptaków, wyraźnie widziała wszystko dokoła. I była ZUPEŁNIE trzeźwa.
- Nic wczoraj nie piłaś, czarodziejeczko. W związku z czym nie liczyłbym na coś w rodzaju rychłego przebudzenia. Nie radziłbym też skoków z dużej wysokości w celu sprawdzenia, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Idziemy.
- Ale dokąd? Pytanie to El zbył pogardliwym prychnięciem. Obrócił się z gracją właściwą tylko kotom, machnął zamaszyście ogonem i ruszył w sobie tylko wiadomą stronę. Przez chwilę stała jeszcze w miejscu, wpatrując się w czarną, włochatą, oddalającą się sylwetkę. Niby dlaczego miałaby go posłuchać? A dlaczego nie?
- Myślałam, że będziemy iść Żółtą Brukowaną Drogą.
- A już straciłem nadzieję, że znasz się na literaturze.
- Jakoś nigdy mnie do niej nie ciągnęło. Ale lubię czasami przeczytać dobrą książkę.
- No, no...
- Skoro już brnę z tobą w te ostępy, mógłbyś mi zdradzić, dokąd to się przedzieramy?
- Skoro już ratuję twoją skórę, mogłabyś nie zadawać tylu pytań i dać mi się przez chwilę zastanowić?! Zapadła cisza.
Las stawał się coraz gęściejszy, co czyniło podróż bardzo uciążliwą. Żaden promień słoneczny nie przedostawał się przez korony drzew, mimo to było w miarę jasno. "W tym świecie chyba nie ma słońca" - pomyślała. Jej wzrok padł na El'a. Wokół kota światło było jakby załamane, przytłumione. "Bzdura" - otrząsnęła się z zamyślenia. - Znowu przesadzam. Koty nie załamują światła. Nawet te gadające. On po prostu jest czarny.
- Jestem zmęczona, ale to cię pewnie niewiele obchodzi.
- Wręcz przeciwnie. Drżę nieustannie o twoją wygodę i bezpieczeństwo. Widzisz tę tam sosenkę? Tę, którą wiatr targa tak zajadle? Tam odpocz... Eee... Zaraz, zaraz. Przecież nie wieje nawet lekki zefirek... El nie mijał się z prawdą. Powietrze już od jakiegoś czasu jakby zastygło w bezruchu. Nie poruszało się żadne źdźbło, żadna gałązka. Nic. Z wyjątkiem dygoczącej wściekle sosenki. Podeszli kilka kroków, ale gdy tylko się zbliżyli, drzewo odezwało się.
- Poszli mi stąd! Badania naukowe prowadzę! - rozległ się ochrypły głos.
- Łaski bez, jak to się u nas mówi - wzruszyła ramionami i już miała odejść w stronę zachodzącego słońca, a, w związku z chronicznym brakiem rzeczonego, przynajmniej w siną dal, gdy drzewo wrzasnęło ponownie:
- Mięsko! Nagle wśród zieleni ukazały się dwie wysuszone, kościste nogi w kolorowych, pasiastych pończochach, a za nimi prawdziwa, podręcznikowa jędza, będąca kwintesencją jędzowatości. Słowem, wszystko, co szanowny Czytelnik nazwałby Babą Jagą i wsadził do chatki na kurzej nóżce. Ale, wracając do sosenki. Drzewo już dobrą chwilę nie trzęsło się. Spojrzała na swojego towarzysza. Dokładnie tak, jak przypuszczała. Nie był zdziwiony. Tymczasem jędza zadziwiającym w przypadku osoby o takiej aparycji susem zeskoczyła z drzewa i stanęła przed nią, twarz przy twarzy. Obróciła głowę, nie mogąc znieść cuchnącego oddechu staruchy. Ta natomiast zaczęła ją energicznie macać, mrucząc pod nosem: "Świeża, dobrze odżywiona, smakowitości! Będzie trochę łykowata... Nic to. Poddusi się pół godzinki dłużej". Z wrażenia prawie zapomniała języka w gębie. Rzuciła w bok nerwowym spojrzeniem, ale kocur najwyraźniej nie kwapił się, by wyratować ją z opresji. Opędziła się jakoś od chudych, przywodzących na myśl egipskie mumie rąk i odezwała się, bardzo uważając, by zabrzmiało to w miarę grzecznie:
- A, z przeproszeniem, co tobie babciu do tego, że ja dobrze odżywiona jestem? El o mało nie udławił się ze śmiechu i teraz tarzał się po łące, rechocząc histerycznie.
Oderwała wzrok od wijącej się w trawie kawowej kuli w sam raz, by obejrzeć spektakl co najmniej niecodzienny. Twarz Baby Jagi przybrała kolor czerwony, by następnie przejść przez karmazyn i lekki fiolet do purpury.
- Nie jestem żadna babcia!!! - krzyknęła, drąc się wystarczająco głośno, by słyszano ją w sąsiedniej galaktyce, jeśli takowa istniała. - Jestem Zła Wiedźma ze Wschodu!!! Zaraz cię ZJEM! Masz się BAĆ! I TO JUŻ!
Miała najszczersze chęci, ale, mimo czynionych w tym kierunku wysiłków, nie mogła zacząć się bać. Podzieliłaby się pewnie ową konkluzją z jędzą, gdyby tej nagle nie zmroziło. W oczach wiedźmy, również zezującej w stronę buszującego w trawie kota, błysnęła iskierka pamięci i rozpoznania.
Z uwagą obserwowała, jak na oblicze staruchy wypełza przerażenie a w ustach grzęźnie krzyk.
- Czczcz... czerń jjjj... jest kk... końcem... - wybełkotała stara, po czym odwróciła się w jej stronę. Jednego mogła być w tej chwili pewna. Przestała być daniem głównym w dzisiejszym menu Baby Jagi.
- Ccc... Co sprowadzi zimę...- kontynuowała wiedźma, a groteskowy grymas, który wykrzywiał jej wychudłą twarz stał się jeszcze okropniejszy.
W osłupieniu obserwowała, jak wiekowa Baba Jaga wykonuje karkołomny skok z powrotem na sosnę.
- Nie weźmiecie mnie żywcem! - rozległo się z wierzchołka.
- Ale my cię babciu, to znaczy Zła Wiedźmo skądśtam, wcale nie chcemy brać, a żywcem, to już najmniej - odwrzasnęła, sądząc, że najlepiej będzie staruchę uspokoić i po prostu sobie pójść.
- Ha ha! Chcesz mnie zwieść, omamić! Nie dam się! Wiem, coś ty za jedna! Chcesz trzewiki!
- Co chcę?
- Moje Srebrne Trzewiki!
- Mam gdzieś twoje buciory! Złodziejstwa mi nie zarzucaj, bo cię stamtąd zedrę i zapoznam z moim obuwiem tak, że popamiętasz! Nie traćmy czasu na tę starą wariatkę, El. Chodźmy stąd. Bardzo szybko stąd chodźmy. A ty - po raz ostatni zwróciła się w stronę sosenki - się udław. W tym momencie stało się coś, na co nawet El nie był przygotowany. Czubek drzewa zatrząsł się gwałtownie, zadygotał, a po chwili, wśród trzasku łamanych gałązek i przyprószona igliwiem, na trawie wylądowała wiedźma. DOKUMENTNIE NIEŻYWA.
Stała, z dość dziwnym wyrazem twarzy, przypatrując się trupowi. Baba Jaga miała wybałuszone ze strachu i zdumienia oczy, półotwarte usta. Po pomarszczonej brodzie ściekała strużka śliny.
El w kilku skokach znalazł się przy zwłokach i zaczął wąchać.
- No... Sam bym tego lepiej nie zrobił... - zamruczał. - Nie doceniłem cię, czarodziejeczko. Wygląda na to, że wcale nie potrzebowałaś mojej pomocy. Poradziłaś sobie, by tak rzec, koncertowo.
- El, nie jestem pewna, czy zauważyłeś, ale ja nadal nic nie rozumiem.
- Tam, na kurhanie, nie nazwałem cię czarodziejeczką dla twych pięknych oczu - wyszczerzył się nieładnie. - Chociaż, prawdę mówiąc, strzelałem. Tak... Można to w ten sposób ująć. Ale od teraz, będąc tobą, zacząłbym uważać na to, co mówię. Pojmujesz?
- No nie, co ty bredzisz? Że niby ja uśmierciłam jędzę siłą woli?
- A czym innym zajmują się czarodziejki? - znowu ten paskudny uśmiech. - No więc bierz trzewiczki i w drogę.
- Nie chcę tych jej trzewików. O co tu w ogóle chodzi?
- Nie marudź, a bierz je, ponieważ mogą się okazać przydatne. Poza tym, jakieś trofeum ci się też należy, czyż nie? No, bierz, bo się zniszczą. Ciała wiedźm utylizują się dość spektakularnie.
Na urokliwej polanie, w soczystej, zielonej trawie, pod równie zieloną sosenką, spoczywała malowniczo kupka dymiących szmat, której najbardziej rzucającym się w oczy elementem były nadpalone, jaskrawe, pasiaste pończochy.
Doszli do wzgórz barwy spłowiałej zieleni. Wkrótce przeszły one w skaliste wzniesienia. Właśnie zastanawiała się, jak to możliwe, że jeszcze może chodzić, gdy El zniknął w górskiej kotlince. Dobiegał stamtąd wyraźny chlupot wody, co przypomniało jej, że jest okropnie spragniona. Po raz pierwszy od dłuższego czasu zobaczyła zdrową, nie skarłowaciałą roślinność. Syciła oczy intensywną zielenią, gdy kot pojawił się ponownie.
- Chodź. Tutaj odpoczniemy.
Posłusznie podążyła za nim w głąb obniżenia terenu. Dnem dolinki płynął strumień, który skręcał dalej pod kątem prostym i znikał za załomem skalnym. Pochylały się nad nim wierzby, brzeg porośnięty był sięgającą powyżej kostek trawą. Przeszli na drugą stronę po zwalonym pniu i po kilkunastu metrach stanęli przed pionową ścianą. Pokrywała ją prawie w całości falująca, zielona zasłona utworzona przez bluszcz, dzikie wino i diabli wiedzą, co jeszcze. Nigdy nie widziała podobnych roślin, choć nie miała pewności, czy nie istnieją w jej świecie. El zniknął ponownie i uświadomiła sobie, że za organiczną kotarą ukryta jest jaskinia. Najdelikatniej jak tylko mogła, uchyliła ją i przeszła na drugą stronę, do świata przytłumionych kolorów i rozmytych cieni.
Wbrew jej oczekiwaniom, wnętrze było przyjemnie ciepłe i suche. Wszystko wskazywało na to, że El, albo ktoś inny, używał tego miejsca jako kryjówki. Było tam posłanie z siana, kilka metalowych misek, w kącie walało się nawet coś, co mogło być kiedyś kocem. O ścianę oparta była konstrukcja z prowizorycznie zbitych desek, która w przeszłości służyła zapewne za drzwi.
El zauważył jej zdziwione spojrzenie.
- Mieszkał tu niegdyś pewien człowiek. Ale jego już nie ma. Przejąłem to miejsce. Dobrze jest mieć gdzie się przespać. Nocą przebywanie pod gołym niebem nie jest bezpieczne.
- Sądziłam, że nie ma tu pór dnia. Ani słońca.
- Od swojego przybycia nie widziałem na niebie nic, co mogłoby tę gwiazdę przypominać. Ale noc istnieje nawet tutaj. Tylko czas biegnie trochę inaczej.
- Więc ty też jesteś przybyszem?
- Jestem... Podróżnikiem... Ale... Nie leżało w moich zamiarach pozostanie tu tak długo... Wyraźnie wyczuła, że nie chce więcej o tym mówić.
Noc, jak długo by nie trwała, mijała, dając nadzieję na świt. Kilkakrotnie budziła się, wyczuwając czyjąś odległą obecność. Zbyt daleką, by można było próbować ją identyfikować. Zapadła w niespokojny sen. I wtedy je usłyszała. Szepty. Otaczały ją, wibrowały. Ciemność wokoło była nimi nasycona. Starała się wyłowić słowa. Bezskutecznie. Znajdowała się jakby w leju pełnym niezrozumiałego bełkotu. Poddała się jego rytmowi. Wyczuła aprobatę. Cokolwiek to było, uczyniła dokładnie, czego chciało. I nagle wszystko się skończyło. Ciemność zafalowała i przygniotła ją swoim ciężarem.
Obudził ją dotkliwy ból. Nie potrafiła go umiejscowić, ale on BYŁ. I ta pustka w głowie. Urywane myśli bez sensu. Suchość w gardle. Oddychała z trudem. Nie miała sił. Spróbowała się podnieść. Bez rezultatu.
- Spodziewałem się tego - powiedział nad jej głową El. - Nie ma obaw, wyczerpanie minie. Odczuwasz, Czarodziejeczko, opóźnione efekty posługiwania się swoimi umiejętnościami. Zawsze tak reagujecie na początku. Przywykniesz. Twój organizm także.
- Myślę... Muszę... Nie wiem... - tylko tyle zdołała wybełkotać.
- Posłuchaj uważnie. Zostaniemy tutaj kilka dni. Mam coś do załatwienia. Teraz muszę iść. Wrócę. Nie opuszczaj kotliny. I pod żadnym pozorem nie wychodź z jaskini po zmroku. Dla własnego dobra. Jeszcze jedno. Nie przeceniaj swoich możliwości. Wiesz o czym mówię. Bo doświadczenia to ty nie masz za grosz. Spójrz na to z lepszej strony - dostrzegł jej zbolałą minę. - Mogłaś wpaść w letarg i już się nie obudzić - i sobie poszedł.
Nie miała najmniejszego pojęcia, ile czasu upłynęło, zanim doszła do siebie. Kiedy była w stanie stać, poszła do źródła po wodę. Zaczerpnęła w dłoń krystaliczny płyn i napiła się. Usiadła na zielonej trawie w miejscu, z którego widać było całą kotlinkę i wejście do niej, mając za plecami wyłącznie skalną ścianę. Zmieniała się. Czuła to głęboko w trzewiach. Gdzieś tam, w jej wnętrzu, zachodziła niesamowita metamorfoza, na którą nie miała wpływu. Mimo wszystko nie odczuwała przerażenia, tak często towarzyszącego NOWEMU. Była czarodziejką.
El nie wrócił. Zapadła noc. Siedziała w jaskini obserwując chybotliwy płomyk łojowej świecy. Znalazła ją wśród rupieci w kącie. Zapałki także. Pamiętała o przestrogach kota. Zachowała środki ostrożności. Zabezpieczyła wejście starymi "drzwiami", zostawiając szparę na tyle dużą, by mógł przejść przez nią El. Czekała.
Odpływała już w błogim półśnie, gdy usłyszała zagadkowe dźwięki na zewnątrz. Noc nie wydawała się tak ciemna, jak poprzednia. Widziała wyraźnie kontury drzwi i sączącą się przez nie dziwną poświatę. Usunęła zbitą z desek konstrukcję blokującą wejście. Minimalnie odchyliła roślinną zasłonę i wyjrzała. Wszystko spowijała mlecznobiała mgła, podświetlana w niepojęty sposób jakimś trupiozielonym światłem. Wilgotny chłód zaczął niemal natychmiast wnikać w każdą szparę jej ubrania.
- Gdzie ty do cholery jesteś, El? - mruknęła i naraz uświadomiła sobie, że wie, skąd się bierze widmowy blask.
"Strumień."
Ogarnęła ją jakaś niezdrowa ekscytacja. Energia. Wola. Obca wola, obecna i przytomna. Nieodparcie ciągnęła ku rzeczce. Starała się z całych sił zapanować nad swoim ciałem, ale siła tej istoty była większa. Tracąc niemal kontakt z rzeczywistością, wyszła ze swojego azylu. Zdawała się płynąć. Słyszała wokół szum fal, rozbryzgujących się o skaliste klify wybrzeża. Strumienie energii falowały i dryfowały w kierunku rzeczki, a ona razem z nimi.
"Nie!" - wrzasnęło w niej coś. Stanęła, zarywając się piętami w ziemię. Była tuż nad brzegiem strumyka, który teraz zmienił się w przepaść, wiodącą w bezdenną otchłań. Nagłe zobaczyła coś, co sprawiło, że krew w jej żyłach zmieniła się w kłujące, lodowe kryształki. Przed nią, nad nicością, unosił się biały, humanoidalny kształt. Upiór uniósł rękę i wskazał na nią swym bladym palcem.
- Czego chcesz? - wyszeptała. Umysł podpowiadał jej natychmiastową ucieczkę, ale jakiś głos w jej głębi nakazywał pozostanie na swoim miejscu. Zjawa wzięła jej dłoń w swoje zimne palce i już miała wprowadzić ją w przepaść, gdy rozległy się Szepty. "Zmiany, Czarodziejko. Metamorfoza... To, co się zaczęło, dobiegło końca. Jesteś..." Upiór wpatrywał się w nią swymi wielkimi, pozbawionymi tęczówek oczyma. Czuła, że jego wola skupia się. Pociągnął mocniej jej rękę. Niezdecydowanie oparła się. "Musisz szukać u Początku, wyruszyć... Odpowiedzi są w zasięgu twoich myśli... Wędrówka... Koniec... Czarodiejeczko... Jest bliski. Ale nie dziś... Nie dziś."
Nie zobaczyła już tego, jak nadszedł El i własnymi czarami przegonił Białego Zwodziciela. Wpadła w trans.
Migające w granatowej ciemności niebiesko-biało-czerwone światła policyjnych samochodów i karetek. Tłum gapiów otaczał ciasnym pierścieniem jeden z wagonów stojącego na torach pociągu. Wszędzie w pobliżu była krew. Jasna, rozbryzgana, stygnąca i zmieniająca się w wysepki skrzepu.
Na szynach leżała dziewczyna. Koła pociągu amputowały jej obie nogi poniżej kolan. I wryły się głęboko w brzuch. Choć to dziwnie nieprawdopodobne, wagon nadal stał na dziewczynie. A ona wciąż żyła. Była przytomna. Śmiertelnie spokojna. I całkowicie świadoma tego, co ją czeka. Przez tłumek przeciskał się ksiądz. Klęknął przy dziewczynie. Nie było czasu na spowiedź.
Wszyscy czekali we wzrastającym stopniowo napięciu. Dźwig był już w drodze. Tak... - mówili w duchu wszyscy ci gapie. - Wagon trzeba podnieść. Po prostu trzeba. W takich wypadkach nie wolno inaczej. A wtedy dziewczyna umrze. Jaka szkoda. Ale ona przecież tego chciała... Dlatego się rzuciła, prawda? "Żałuj za grzechy, córko" - tylko to mógł teraz wydusić z siebie kapłan, sparaliżowany na widok otwartych ran.
- Boję się - wyszeptała. Dziewczyna nie miała pojęcia, jak znalazła się w pobliżu torów. Ostatnie, co pamiętała, to fakt, że położyła się spać. W łóżku. We własnym domu. Kątem oka dostrzegła nadjeżdżający dźwig. Jej strach narastał w miarę, jak ludzie mocujący do wagonu liny kończyli swoją pracę. Żywotność tej niedoszłej samobójczyni przerażała księdza na śmierć.
- Wzbudź w sobie żal, córko. Żałuj swego strasznego postępku, a Ojciec cię przyjmie. Dźwig rozpoczął powoli swoje dzieło. Zapewne jedyne takie w jego karierze.
- Nie! - krzyknęła, choć z jej ust dobyło się tylko mało zrozumiałe charczenie - Ja nie chcę umierać! Proszę! - nikt jej nie rozumiał.
"Bredzi, bidulka." - myśleli ludzie.
"Jaka zatwardziałość" - myślał ksiądz. A ona dławiła się swoją własną krwią.
Zarzęziła jeszcze raz, rozpaczliwie próbując złapać oddech.
Wagon został podniesiony na wysokość 20 centymetrów.
Jej wnętrzności wypłynęły.
Umarła.
- Co to było? - spytała.
- To zależy, które "co" masz na myśli. Bo za twoje senne rojenia ja raczej nie odpowiadam. I co cię, do ciężkiej cholery, podkusiło, żeby wyleźć? Jak Ummgh dał nogę, to w drugiej kolejności chciałem ci flaki wypruć.
- Ummgh? Urocze imię dla potwora.
- Nie zmieniaj tematu. Wydawało mi się, że dość wyraźnie cię ostrzegłem.
- Dzięki za ocalenie, mimo mojego galopującego kretynizmu. To, co umownie można by nazwać "twarzą" El'a wykrzywiło coś w rodzaju triumfalnego a zarazem ironicznego uśmiechu.
"Teraz nadszedł czas pytań" - pomyślała. - "Kilka z nich musi zostać zadanych powtórnie. Ale tym razem nie dam się zbyć pogardliwym prychaniem i irytującymi wymachami ogona."
- Tak więc dobrze. Zadawaj. Nie będę nawet próbował cię zbyć - z przerażeniem zorientowała się, że El wszystko usłyszał.
- Odkąd zyskałaś umiejętności, stałaś się też podatna na skanowanie myśli. Nie martw się. Działa tylko z BARDZO bliskiej odległości.
- Dokąd zmierzamy? Kim jesteś?
- Mało oryginalne, wierz mi. Ale skoro TO właśnie chcesz wiedzieć, czemu mam cię uszczęśliwiać na siłę?
- Chcę.
- Jestem Podróżnikiem. Bywam tu i tam... - zawahał się. - To znaczy, bywałem. Od jakiegoś czasu jestem tu uwięziony. A mój rodzinny świat został przede mną zatrzaśnięty. Rozumiesz, oczywiście, że kocia powłoka to także jeden z elementów więzienia. Ale jestem tu już tak długo... Tak OKROPNIE długo, że zaczynam rozumować, jak kot. Tracę też, krok po kroku, kawałek po kawałku, moje zdolności, a kiedyś miałem ich wiele. Wszystko to było i jest celem tego, kto mnie tu uwięził. I tak oto dochodzimy do twojego pierwszego pytania. Idziemy do wieży Czarnoksiężnika. Nie byłem tam od stuleci, ale sądzę, że nadal tkwi w tym samym miejscu.
- Nikt z twojego macierzystego świata cię nie szuka? Nie wierzę.
- Nie mogą mnie szukać. Bo jeszcze dużo wody w Styksie upłynie zanim zorientują się że zaginąłem. Czas płynie tu inaczej, Czarodziejeczko... A kiedy oni się zorientują, moja osobowość już dawno się rozpłynie i zespoli z kocim pancerzem.
- A dlaczego on... Ten twój wróg, Czarnoksiężnik, po prostu cię nie zabił? Rzecz wymaga mniej zachodu i pewniejsza raczej jest.
- To, co ze mną zrobił, jest o wiele śmieszniejsze. Może ci będzie dane doświadczyć, że poczucie humoru Czarnoksiężnika jest iście nieziemskie. Ale trzeba przyznać, że jeden punkt planu mu nie wyszedł. To mianowicie, że miałem spędzić resztę moich dni dyndając w klatce, pod sufitem jego sali tronowej. Uciekłem mu i od tego czasu nie jest w stanie mnie odnaleźć. Czy jest jeszcze coś, czego chciałabyś się dowiedzieć? To pytanie musiało paść. Samo rwało się jej na usta. W końcu się wyrwało.
- Skąd ja się tu wzięłam?
- Bardzo prawdopodobne, że wessał cię ten świat, czy może wolałabyś to nazwać, wymiar. Bardzo rzadkie. Nie niemożliwe. Zamyśliła się. "Skoro tak, to mniej więcej oznaczałoby, że mam tu coś do zrobienia..."
- Właśnie - podchwycił El. Znowu grzebał w jej głowie. - Twoim zadaniem... Misją, rzekłbym, jest uwolnienie tego świata od Czarnoksiężnika. Nie patrz tak na mnie. Widziałaś Ummgh'a? Czarnoksiężnik jest tu samozwańczym bogiem. Zaludnił tę krainę monstrami własnego pomysłu, zabijając wszystko inne, pozostawiając jedynie kilka pradawnych bytów, jak Elvira. Chciałem go powstrzymać. Było za późno.
- Dlaczego przypuszczasz, że ja sobie poradzę?
- Bo w ciągu tych setek lat jedyne, co zdołałem zrobić Elvirze, to napędzić jej porządnego stracha. I sporo się przy tym namęczyłem. A tobie wystarczyło jedno słowo. Kto wie... Może tobie akurat się uda... Na myśl o starej czarownicy poczuła falę mdłości. Te kościste palce, dotykające jej skóry... Wybiegła z jaskini i zwymiotowała na zieloną trawę. "Spokojnie. Tylko spokój cię ratuje..." - kolejny atak nudności. - "El, ty to potrafisz człowiekowi umilić życie!" - myślała, obmywając twarz w strumieniu, który wartko toczył swe jasne wody, niepomny wydarzeń wczorajszej nocy.
Szli. Wciąż do przodu. Wciąż w kierunku, który znał El. Do wieży Czarnoksiężnika. Z przerażającą regularnością mijali cmentarzyska, kurhany i grobowce. Co jakiś czas szczerzyły się do nich mury opuszczonych domostw. Kraj był opustoszały. Lecz tylko na pozór. El w jakiś sposób zdołał ich ochronić od kolejnej konfrontacji z upiorem. Była mu za to niezmiernie wdzięczna. Po kilkunastu dniach wędrówki, w czasie których spali i jedli mało a rozmawiali jeszcze mniej, natknęli się na ubity trakt. Ściślej, na Żółtą Brukowaną Drogę.
- Zaprowadzi nas prosto do celu. Prawda, El?
- Prawda. Gdy zatrzymali się na nocleg, zadała jeszcze jedno, nurtujące ją od przybycia pytanie.
- El, dlaczego wtedy, tamtego dnia, powiedziałeś: "Witaj w Oz"? To nie jest nazwa tego miejsca.
- Czy wiesz, dlaczego na zebrę mówi się "koń w paski"? Nie pozwolił jej odpowiedzieć.
- Bo bardziej przypomina konia niż hipopotama. Rozumiesz?
- Tak.
Zbliżali się. Przeczucie powoli przechodziło w pewność. Wieża była tuż tuż. Razem ze swoją śmiertelnie niebezpieczną zawartością. Wędrowali przez gęsty las. Było tu ciemno jak w nocy a jednocześnie dawało się wyczuć, że tym miejscem włada nieskrępowana Natura i że żadne strachy czy upiory nie zamieszkują tych stron.
- Szkoda, że ludzie o tym nie wiedzieli... - westchnął El.
- Tak. Szkoda...
Kiedy stanęli na krawędzi lasu, ujrzeli na horyzoncie bladozieloną poświatę.
- Szmaragdowe Miasto... W ruinie. - wyjaśnił El. - Za nim znajduje się głęboka dolina. I wieża. Z najprawdziwszych ludzkich czaszek.
- Cholerny efekciarz - syknęła.
Za borem ścieżka poczęła się wić pomiędzy niewysokimi pagórkami. Cień Szmaragdowego Miasta zniknął im sprzed oczu, gdy zeszli po łagodnym zboczu. Przed nimi był ostatni odcinek drogi. Musieli uważać. El poszedł na zwiady. Odbił w bok ze ścieżki i zniknął wśród wysokich traw. Postanowiła podejść jeszcze kawałeczek dalej. Ot, żeby sprawdzić, co jest za najbliższym wzgórzem. I zobaczyła.
Po obu stronach drogi rozciągały się obsypane kwieciem łąki. Wśród kwiatów przeważały początkowo stokrotki i jaskry, gdzieniegdzie tylko plamka czerwieni sygnalizowała jakiś mak. Wkrótce jednak maków zaczęło gwałtownie przybywać, aż w końcu na całej łące nie można było dostrzec nic, prócz szkarłatu. Weszła w poruszające się w rytm podmuchów wiatru czerwone morze i świat wokół niej implodował.
Ogromne, pogięte zegary, rozwieszone na gałęziach drzew. Twarze zniekształcone w groteskowych grymasach. I to potworne, wszechobecne brzęczenie. Owady, wszędzie owady. Przebiegła przez ten koszmar. Nie miała odwagi oddychać. Nagle krajobraz zmienił się. Szła wśród ukwieconych drzew. Jednak, gdy się do nich zbliżyła, stwierdziła, że kwiaty zwiędły a drzewa gniją. Wchodziła po stoku na pagórek. Na jego szczycie znajdował się mały domek. Obeszła go. Na tyłach, oparta plecami o ścianę, stała młoda dziewczyna. Była bardzo szczupła i blada. Delikatne, wręcz ażurowe ręce złożyła na ramionach. Jej sukienka... Miękka, biała i zwiewna, a jednocześnie będąca jak ciężki, czarny kir.
- Nieczęsto miewam tutaj gości - odezwała się. Głos miała melodyjny i słodki, ale coś w jego brzmieniu przywodziło na myśl cięcie kosy. - Tym bardziej się raduję z twej wizyty, czarodziejko. Bądź pozdrowiona w domu Pani ze Wzgórza. Nie możesz mówić, czy tak?
W moim domostwie żaden żywy ni umarły nie może przemówić. Nie bój się. Na ciebie czas jeszcze - położyła nacisk na to słowo - nie nadszedł. Mam dla ciebie kilka słów o twoim przeznaczeniu, bo się do jego kresu nieuchronnie zbliżasz... Wiedz... I słuchaj, bo widzę wiele, ale niewielu swe wizje wyjawiam. Uwięziony. Zamknięty. Uśpiony. Nie możesz go wyswobodzić. Nie możesz go nie wyswobodzić. Nie umiesz sobie nawet wyobrazić jak wiele jest światów. Ile słońc, ile księżyców wschodzi na różnie rozgwieżdżonych nieboskłonach. Nad różnymi ziemiami... Teraz słońce poszło do piekła... Pozwól mi się pożegnać, Czarodziejeczko. Nie każdy człowiek może stąd odejść. Czerń jest końcem... Co sprowadzi zimę.
Ziejący wilgocią i zimnem, rozwierający swoją bezzębną paszczę tunel wyrósł tuż przed jej stopami. Zagłębiła się weń z sercem w gardle. Poczuła rozdzierający smutek. Zimno... Jak lodowata dłoń, chwytająca za serce. Ból tak wielki, że utrata przytomności byłaby błogosławieństwem. Tępy, jak igła w mózgu. Nie można go było przemóc.
Twarda posadzka gniotła ją w plecy. Wokół rozbrzmiewał szum głosów.
- Jak to, pojawiła się znienacka na polu morderczych maków? Czarnoksiężnik surowo przykazał tępić wszelkie przejawy życia.
- Ale...
- Żadnych "ale"! Od wieków polujecie na tego przebrzydłego kota i co? A teraz ona! Kompromitacja! Dlaczego nie załatwiliście jej tam i nie rzuciliście do jakiejś zbiorowej mogiły?
- Ona...
- Co ona?!
- Miała trze... Trzewiki. Srebrne Trzewiki.
- Bzdury! Srebrne trzewiki należą do mojej siostry. Elvira przeprowadza teraz jakieś doświadczenia w Granicznym Borze, ale wyglądam jej powrotu w ciągu najbliższych dni. "Ale wdepnęłam" - pomyślała.
- Sama zobacz, Pani.
Coś podeszło. Drzwi, a raczej klapa lochu odskoczyła z łoskotem, a do wnętrza wpadła smużka światła.
Otworzyła oczy. Jeśli Elvirę uznać za brzydką, to stała przed nią jej brzydsza kopia. Z jednym okiem, jak cyklop, wystającym podbródkiem i okropnie zakrzywionym nosem.
- Skąd to masz! - wrzasnęła, wskazując kościstą dłonią srebrne trzewiki. "No właśnie, skąd? El musiał mi je jakoś założyć... Kiedy spałam... Którejś nocy. A ja nie zauważyłam."
- Odpowiadaj!
Postanowiła przyjąć strategię El'a.
- Wzięłam je sobie. Po tym, jak życzyłam twojej siostrze, żeby się udławiła.
- Nonsens. Znam to. To się przydarza tylko dopiero-co-przebudzonym czarodziejkom.
- Racja.
Wiedźma przyjrzała się jej uważniej. Na jej paskudnej, pooranej głębokimi zmarszczkami twarzy malował się niesmak i odraza.
- Więc to tak... Chodź.
Wyprowadziła ją na górę, do zadymionej, obszernej kuchni.
Ledwo powstrzymała okrzyk przerażenia. Całe pomieszczenie wypełnione było stworzeniami, przypominającymi skrzyżowanie małpy i nietoperza.
- Jestem Banshee, Ochmistrzyni Wieży Maga - oznajmiła wiedźma. - Jako czarodziejka nie podlegasz eksterminacji i przysługuje ci przywilej pracy w kuchni Jego Niezmierzonej Łaskawości.
Jej zdziwienie było zbyt wielkie, by mogła odmówić. W jej głowie począł świtać plan...
Czas, który spędziła, zaharowując sobie ręce po łokcie, był trudny, niemożliwy do obliczenia. Aż obudziła się którejś doby. Była sama. Skrzydlate małpy, zwykle zwisające z każdego wystającego elementu w kuchni, jak również Ochmistrzyni Banshee, zniknęli. Pomyślała, że to właśnie jest jej szansa. Podniecenie zabiło w niej wrodzoną podejrzliwość. Musiała się dostać do komnaty Czarnoksiężnika. Dziś, albo nigdy. Już wcześniej, choć uważnie obserwowana przez Banshee, odnalazła drzwi. Nigdy nie zdołała do nich podejść, ani tym bardziej sprawdzić, czy są otwarte. Były to jedyne drzwi w kuchni. W ciągu całego pobytu w wieży nie widziała, żeby ktokolwiek ich używał, ale miała nadzieję, że prowadzą... dalej. Trzeba było zaryzykować.
asywne odrzwia były zamknięte od zewnątrz. Niewiele myśląc, podniosła w górę ręce i wykrzyczała zaklęcie. Nie rozumiała słów inkantacji, którą przed chwilą wypowiedziała. Ale to nie było istotne. Magia zadziałała. Drzwi odskoczyły. Droga była wolna.
Szybko zorientowała się, że wieża zbudowana została na zasadzie ślimaczej muszli. Zwężała się ku górze, miała wiele pięter. Żeby dostać się na następną kondygnację, trzeba było przemierzyć tę, na której się było. Zapuściła się w ten labirynt pokojów i korytarzy bez nadziei, ale także bez chęci powrotu. ***
Wyżej położone poziomy były całkowicie opustoszałe. Gdzieś w oddali monotonnie, rytmicznie kapała woda. Puste, ciemne, sterylnie czyste korytarze z marmurową podłogą wchłaniały łapczywie każdy dźwięk, tak, że nawet odgłos własnych kroków dobiegał do niej przytłumiony i odległy, dziwnie obcy.
W tej wieży wszystko było obce i odległe. I ciemne. Kolejne piętro. Następne. Jeszcze jedno. I tak w kółko. Błądzenie w nieskończoność. Godzina za godziną mijały a ona wciąż znajdowała się na którymś z wysoko położonych poziomów. Powoli się poddawała. Potknęła się i omal nie wybiła sobie zębów, uderzając głową o jakiś kant i rozcinając głęboko policzek.
W ten sposób trafiła na kolejną klatkę schodową, prowadzącą spiralnie na następną kondygnację.
"Światło" - przemknęło jej przez głowę.
Istotnie, skądś z góry sączył się słaby blask. Na tyle jednak silny, by mogła dojrzeć kontury schodów i wszelkie inne kształty, dotychczas kryjące się w mroku. Dotarła na platformę między dwoma odcinkami klatki schodowej. Odwróciła głowę ze wstrętem, ale w końcu ciekawość przezwyciężyła odrazę. Do ściany korytarza przykute były wysuszone zwłoki w podartym bawełnianym podkoszulku z napisem: "HUG ME!" "Nawet, gdybyś był Adonisem, pięknym i chętnym, nie mogłabym cię dotknąć..." - pomyślała, przypominając sobie swój wstręt do fizycznej bliskości. - Innym razem.
Światło wydobywało się spod jakichś drzwi. Pchnęła je. Kamienna płyta upadła z łoskotem, który odbił się echem od ścian hali. Zasłoniła oczy, usiłując ochronić je przed oślepieniem. Całe wielkie pomieszczenie było skąpane w świetle. Higienicznie czystym, białym blasku, przesiewanym przez kryształowe sklepienie.
- To tu. Ostatni poziom - szepnęła, podekscytowana, do samej siebie. Uczyniła kilka chwiejnych, niepewnych kroków w burzy blasków.
- Nie muszę ci chyba mówić, że cię oczekiwałem - wręcz spodziewała się, że on przemówi pierwszy. Sterylny blask przygasł i mogła go zobaczyć.
- Tylko na chwilę dałam się zwieść sztucznej pustce w kuchni - stwierdziła, co było zresztą zgodne z prawdą.
- I co, czarodziejeczko, potrafisz już wyczarować kulę ognistą wielkości stodoły? - zakpił.
-Udowodniłaś już, że jesteś sprawniejsza niż Mortiffer, którego zapewne napotkałaś na ostatniej platformie - rzekł z wyraźnym sarkazmem. - A także, że masz więcej szczęścia, niż rozumu.
Wieża, moja początkująca koleżanko po fachu, jest najeżona pułapkami. Uniknęłaś ich i przeżyłaś. Gratulacje. Ale nie wpadłaś na to, by rzucić zaklęcie światła. Ten kolec, o który skaleczyłaś policzek... On miał przeszyć cię na wylot. Nie doceniłem cię. Mój błąd. W ramach wyrazów uznania odpowiem na pytanie, które chcesz mi zadać.
-Bo chcesz mi zadać pytanie, nieprawdaż?
Musiała przyznać, że ona też nie doceniała siebie. Ale Czarnoksiężnik miał rację. Było pytanie. Pytanie, na które rozpaczliwie potrzebowała odpowiedzi. Zaprzedałaby duszę diabłu za odpowiedź. Czarnoksiężnik roześmiał się. Zdrowym, donośnym śmiechem człowieka szalenie czymś rozbawionego.
- Zadasz mi je w końcu?
- Odpowiedz, jeśli wiesz.
- Tak więc, wiem - powstał powoli. Z godnością królów świata. - On cię wezwał. Wezwał cię z twojego świata. Z waszego świata. W niepojęty dla mnie sposób, bo starałem się zdusić w nim wszelką moc. Jest jedno "ale". Musiał zostać spełniony jeden warunek. Musiałaś tego chcieć.
- Kłamstwa, kłamstwa, z wszystkich ust kłamstwa - zachmurzyła się.
- Miło mi się gawędziło, ale na dłuższą metę nie toleruję obcych. Udzieliłem ci łaski, której nie dostąpiłby byle kto. Teraz zrobię to raz jeszcze. Powiem ci, DLACZEGO i zabiję. Zgoda?
- "Dlaczego" co?
- Nie udawaj głupszej niż jesteś. Powód. Przyczyna, dla której go uwięziłem. Nie lubię i nie chcę się dzielić władzą. Władzą, którą on sobie uzurpuje nad tym światem. I nad każdym innym.
Podniósł dłoń, smagnął i jej ramię przeszył drut kolczasty bólu. Od razu zauważyła grymas wściekłości na twarzy Czarnoksiężnika. Nie trafił. To miała być natychmiastowa śmierć.
- Trudniejsze, niż przypuszczałem. Tym większa zabawa - znowu się roześmiał. Straciła kontrolę nad swoim ciałem. Zawładnęły nią Szepty. Z przestrachem obserwowała swoje unoszące się ręce, słuchała, jak jej własny, a jednocześnie nieskończenie obcy głos wywrzaskuje inkantację. Morderczy uśmieszek spełzł z pięknej twarzy Czarnoksiężnika. Wiązka czegoś, co wyglądało jak ciernie, rozszarpała mu zewnętrzną stronę lewego uda. Zachwiał się, ale nie upadł. Zamiast tego posłał w jej stronę burzę ludowych sopli. Niektóre były wielkości wideł. Ukrzyżował ją. Przybił do ściany. W sposób stokroć gorszy od wysuszonego Mortiffera. Krew broczyła z rąk, nóg, boku i głowy. Coś zasyczało. Dźwięk dobywał się z jej ust. Odpowiedział mu inny syk. Sople stopiły się gwałtownie, pozostawiając na podłodze kałuże krwawej wody. Kolejna inkantacja i brzuch Czarnoksiężnika przewiercił wielki pazur. Po chwili wrócił on do normalnych rozmiarów i dopasował się do jej dłoni. Mag osunął się na białą, marmurową posadzkę.
- No dalej, czarodziejeczko. Na końcu każdej drogi trzeba kogoś zabić. A twoja właśnie się kończy.
- Tylko że wtedy nie zdejmie zaklęcia - El przyskoczył i wgryzł się w gardło czarodzieja. Krew trysnęła jasnoczerwonym strumieniem, zbryzgała marmur i futro kota. Kryształowe sklepienie pękło z brzękiem. Odłamki posypały się na ich głowy. Runęła ciężko na kolana, głowa opadła jej na piersi. Chciało się jej wymiotować. Krew... Krew płynęła z wszystkich otwartych ran.
- Jesteśmy u celu, Czarodziejeczko. Powoli wstała. Podniosła głowę. Bardzo chciała zobaczyć wyraz kocich oczu El'a. Ale tam, gdzie skierowała swój wzrok nie było żadnego kota. Zamiast tego na marmurach Czarnoksiężnika stał wysoki mężczyzna. Wiatr, który zerwał się nagle, targał zajadle jego czarnym płaszczem, rozwiewał jasne włosy, spływające falistą kaskadą na ramiona. Z głębokich jak śmierć niebieskich oczu emanował chłód i pustka. Otaczała go ciemna, pulsująca aura. "Tak musi wyglądać czarna dziura" - pomyślała.
- Trafne porównanie. Miejsce, gdzie wszystko się zatraca... Powtórzę jeszcze raz, Czarodziejeczko. Nie doceniłem cię.
- A ty mnie ciągle okłamywałeś.
- Oszczerstwo z twoich ust jest jak niezasłużony policzek - uśmiechnął się po swojemu.
- Zastosowałem wobec ciebie swoją starą zasadę.
- Siedemdziesiąt pięć procent prawdy... Minus te dwadzieścia pięć, które są najważniejsze. Twoje imię...
- El...
- El jak Lucyfer.
- Do usług - ukłonił się zamaszyście.
- Dlaczego?
- To było dla mnie krępujące. Zależny tak rozpaczliwie... Od człowieka. Od ciebie, moja droga Czarodziejeczko. I żadnej gwarancji, że ci się powiedzie.
- Dlaczego? - znak zapytania wykwitł na jej ociekającej krwią twarzy. El, Lucyfer zrobił zdziwioną minę.
- Wy, ludzie, to jednak dziwni niezmiernie jesteście. W cichej nieświadomości swego snu wzywacie mnie, marzycie o fantastycznych przygodach w czarodziejskich krainach, a kiedy już się tam znajdziecie, zdejmuje was nagły strach. Zrozumiała, o kim mówił.
- Pragnęłaś tego. Pamiętam twoje życzenie, gdy gwiazda, spadając, zataczała ostatni, majestatyczny łuk.
- Trochę niesamowitości. Chcę od życia trochę niesamowitości - powtórzyła z głębin pamięci.
- A teraz, żeby wszystko zostało odkryte między nami. Ostatnie wspomnienie. Rozkazuję ci, przypomnij sobie!
- Ostatnie... wspomnienie... - zaczęła i nagle poczuła ból. Z jej gardła dobiegał paskudny, urywany charkot. - Ostatnie wspomnienie... - wydusiła z wyraźnym trudem. - Dlaczego tylko ja widzę te wrota? - upadła bezwładnie. Jej oddech - nieregularny, wtłaczany w płuca łapczywie, zaczął się bardzo powoli uspokajać.
- Chcę wrócić... - mruknęła.
- I co, Czarodziejeczko, sądzisz, że wystarczy stuknąć trzy razy obcasem srebrnych trzewiczków, żeby się stąd wydostać? Trochę niesamowitości! - prychnął. -
Czerń, Czarodziejeczko, jest końcem, co sprowadzi zimę. A teraz chodź. Chodź za mną.
Zaczął padać śnieg. Poszła.
*ellcia


