Strona główna
  » Newsy
  » Dodaj do ulubionych
  » Ustaw jako startową

   Artykuły
  » Krasnoludy w RPG...
  » Częstochowskie Dni...
  » Polski Internet i Fantasy
  » Wszystkie

   Lionheart
  » Zapowiedź
  » Historia
  » Cechy
  » Rasy
  » Magia
  » Modlitwy
  » S.P.E.C.I.A.L
  » Postacie
  » Bestiariusz
  » Przedmioty
  » Organizacje
  » Galeria
  » Arty i Portrety

   Neverwinter Nights
  » nwn.xg.pl

   Icewind Dale II
  » Recenzja
  » Tworzenie drużyny
  » Galeria
  » Solucja

   Arcanum
  » Recenzja
  » Galeria

   Planescape Torment
  » Recenzja
  » Broń
  » Solucja
  » Galeria
  » Postacie
  » Przedmioty
  » Tatuaże

   Baldur's Gate II
  » Recenzja
  » Postacie
  » Galeria
  » Solucja

   Icewind Dale
  » Recenzja
  » Broń
  » Zbroje
  » Galeria
  » Solucja

   Baldur's Gate
  » Recenzja
  » Postacie
  » Galeria
  » Solucja

   Reklama


   Statystyki
       
  Wędrowne dziady
Romie lubił wczesną wiosnę. Na tyle wczesną, by jeszcze nie ro zpoczynały się prace na polu, tak że nie musiał pomagać swemu ojc u i w sianiu zboża. Lecz wystarczająco późną, aby na podwórzu z iemia wychynęła spod śniegu, a lodowe pokrywy zniknęły z opustosz ałych w czasie zimy gościńców. Podróżni, choć jeszcze pojedyn czymi i jakby nieśmiałymi grupkami, ale pojawiali się na drodze biegn ącej przez ich wioskę. Nie to jednak było głównym powodem, dla kt órego Romie lubił wiosnę. Najważniejsze dla niego było , że o t ej porze roku do wsi przyjeżdżali dziadowie. Byli to wędrowcy, opowia dający pradawne dzieje i zapomniane już legendy w zamian za gościnę i strawę. Pojawiali się zawsze w głodnych niezwykłych historii ma łych wioskach, w których nigdy nie działo się zbyt wiele.
Dla Romiego opowieści wędrownych dziadów były jedynymi wieśc iami ze świata rozpościerającego się za wiatrakiem Olssów i polem starego Turha. Jedyną wizją, jak ten świat wygląda i wyglądał przed wiekiem, w czasch wszechmocnych bohaterów, wielkich bitew potęż nych armii i przestrasznych potworów. Oczywiście ojciec nakazywał mu wyjść z izby, gdy historia dziada docierała do bardziej brutalnych lu b krwawych momentów. Lecz Romie i tak słuchał z zapartym tchem, leż ąc na podłodze i wciskając ucho w szparę pod kuchennymi drzwiami.
Historie, które wieczorem przy palenisku snuli wędrowni dziadowie Romie wspominał przez cały okres zbiorów i ciężką zimę, gdy n iewiele było do roboty w gospodarstwie. Legendy o skarbach, skrywanych w ciemnościach jaskiń i strzeżonych przez ogniste smoki pobudzały wyo braźnię, zmieniając krowy i kury w pokryte łuską bazyliszki lub o gromne morskie węże. Niekiedy w długie zimowe wieczory bał się za jrzeć pod łóżko, by nie zobaczyć tam strasznego jaszczurowęża lub mantikory.
Gdy więc rozległo się powolne pukanie do drzwi, biegiem wpadł do izby. W samą porę by ujrzeć jak matka otwiera wejście. Za drzwia mi stał w lekkim już półmroku lekko przygarbiony, pomarszczony i z włosami przyprószonymi siwizną mężczyzna. Był taki, jakim Romie sobie go wyobrażał przez całą mroźną zimę.
- Przyjmiecie, gospodyni, strudzonego wędrowca? - zapytał starusze k, jak nakazywał obyczaj.
- Trudne czasy nastały i bieda w naszych progach. - matka odpowiedzi ała także zgodnie z tradycją. Bo choć nie opływali w luksusy, to jednak zawsze jedli sutą kolację - co u innych rodzin rolników doś ć rzadko się zdarzało. Jednak tak odpowiadała jeszcze babka i jej b abki, był to prastary obyczaj.
- Nie bójcie się, gospodyni, szkód wam nie narobię. - starzec dostrzegł Romiego i leciutko się uśmiechnął. - A i opowieścią zajmę długie wieczory.
- Zatem witajcie w naszym domostwie...
- Ckhudec, jeśli gospodyni pozwoli. - dziad skłonił się do pas a, choć widać było trudność, z jaką jego kręgosłup wytrzymy wał takie uprzejmości. Lecz był to kolejny wymóg tradycji.
Matka zaprosiła Ckhudeca do izby, gdzie już przy stole siedział ojciec Romiego. Chłopiec spoczął koło niego, wciąż patrząc z zachwytem na dziada. Starzec zasiadł za stołem, matka pośpieszyła k u niemu z miską parującej zupy.
- Z daleka to przybywacie? - zagaił ojciec gdy Ckhudec odłożył drewnianą miskę, oblizując wargi po posiłku.
- Aż spod Kar'Delh, gospodarzu. - dziad wygodniej rozparł sie w kr ześle. - Zima na drodze jeszcze, trudno podróżować w takiej pogodzi e. Ale cóż robić, tak już jest - ledwo pierwsze trawy spod śniegu wychyną, wyruszam na gościniec. Takie życie - starzec uśmiechną ł się dość kwaśno.
- A gdzie ruszacie potem?
- Na zachód, ku morzu. - odparł Ckhudec sięgając po pajdę ch leba. - Byle jak najdalej od gór, śniegu już żem się nawidział dosyć. Teraz pora nasłuchać się opowieści żeglarzy, by ponieś ć je ludziom na lądzie na przyszły rok.
Matka żywiej zainteresowała się dyskusją. Mówiła kiedyś Romiemu, że kilkanaście lat temu mieszkała nad morzem i dopiero przed dziesięciu laty zamieszkała tutaj, w domu rodziny ojca. Czasem snuła bajki o długich okrętach o białych żeglarzach i o dzielnych maryna rzach na nich pływających. Takie wizje bardzo pociągały Romiego i p ostanowił w przyszłości zostać mężnym kapitanem okrętu.
- Racja, w nadmorskich tawernach nasłuchać się można niejednej zajmującej opowieści. - przytaknął ojciec, skubiąc koniec wąsa w zamyśleniu. - A do kiedy zamierzacie u nas zostać, panie Ckhudec?
Romiemu wydało się, że jakiś dziwny błysk pojawił się w oku starca, jednak mógł to być jedynie refleks mętnego światła od lampy stojącej na stole. Instynktownie jednak zanurzył się głę biej pod stół, nie spuszczając przybysza z oczu.
- Nie, panie gospodarzu. - odparł po chwili dziad. - Umyśliłem s obie, że jutro z samego rana wyruszę dalej na trakt, w stronę morza. - spojrzał za okno na wschodzący powoli księżyc.
- A nie zostalibyście dłużej? - odparł żywo ojciec. - Mała nasza wieś, to i ludzie spragnieni opowieści z wielkiego świata. Mie libyście tu pewne utrzymanie, o ile oczywiście znacie wystarczająco w iele godnych posłuchania historii.
- Niestety, ciągnąć trzeba na zachód, nie ma rady. Tam więks ze miasta, po karczmach jest łatwiej nie tylko o strawę, ale i o zarobe k jakiś. A może i udałoby się na jakimś większym dworze zaczepi ć, wszak mądrość ludu głupim nie czyni, jak powiadają. A szlach eckie dzieci spragnione są opowieści o dawnych herosach i czynach ich s ławnych. - teraz dziad zwrócił się do Romiego. - A ty, mały smyk u, widziałeś kiedyś dwór szlachecki?
- Nie. - Romie oblał się rumieńcem, nieco zawstydzony. W końcu jakże - miał już osiem lat a nie widział nawet kawałka dworu?
Dziad lekko się uśmiechnął w kącikach swych sinych ust, a ni ci pajęczyny spowijającej jego twarz zagęściły się. - Kiedyś był tu wielki pałac...
- W okolicy? - zaciekawił się wyraźnie chłopiec. - Koło mlec zarza?
- Nie. - dziad zaśmiał się głośno. - Nie aż tak blisko, al e niedaleko. Żył tam kilkanaście lat temu pewien baron...
- Panie Ckhudec, tej historii nie chcemy słuchać. - nagle starcowi przerwał stanowczo ojciec Romiego.
Chłopak spojrzał zaskoczony na swego ojca. Nie okazywał tego na zewnątrz, ale Romie wyraźnie widział, jak ten jest zdenerwowany. Lekk o poczerwieniał i twardo raz za razem przełykał ślinę. Spojrzał na dziada - temu pojawiły się jakby żywsze iskry w oczach, coś na kształt rozbawienia. Opowieść o baronie zaintrygowała Romiego, wi ęc zdołał wykrztusić z siebie:
- Ale tato...
- Nie, synu. Ta historia jest zbyt straszna jak na twoją młodą g łowę.
- Borec, proszę... - pierwszy raz przy stole odezwała się matka. - Ja też chcę wysłuchać tej historii. Nie wiedziałam, że w oko licy kiedyś był dwór szlachecki. Tak chciałabym wysłuchać jego dziejów!
Ojciec spuścił głowę, zastanawiając się. Romie jednak ju ż wiedział, że jego decyzja jest nieodwołalna.
- Nie ma mowy. - stanowczy sprzeciw ukrócił wszelkie błagania. - O czyms innym opowiedz, panie Ckhudec.
- Dobrze zatem. - z oczu dziada nie znikało rozbawienie. - Słyszel iście tu o potężnym czarodzieju Koothanie? Nie? No tak, w końcu nie jest to tak popularna historia. Żył on w wielkim mieście na połudn iu, nazwy którego już nie pomnę. Leczył tam ludzi, z chorób wszel akich ich ratując, a nieraz i ze szponów samej śmierci wydzierając przywracał do życia. Sprzedawał także maści i eliksiry pomocne pr zy chorobach. I nie tam jakieś alchemiczne świństwa - prawdziwe, na r ecepturze ludowej wzorowane. I nie tylko leczyć on potrafił - kiedyś nawiedził jego miasto wielki pożar - łunę widać było daleko i j asno było jak w dzień. Kiedy Koothan zobaczył, co sie dzieje w mieś cie zawezwał ulewę tak potężną, że ogień momentalnie zdusił a. Taki to właśnie był ten Koothan - wszyscy ludzie w mieście i oko licy szanowali go i poważali, bo dobry był i prawy. Miał on ucznia na terminie, co to o nim mówili w mieście, że nierób jest i zły cz łowiek. Ale widać Koothan tak nie uważał, bo chłopak u niego pobi erał nauki i mag zadowolony był z pomocnika. I było już z... - tu c zoło dziada przecięła jeszcze jedna głęboka bruzda. - ...gdzieś z dziesięć lat, jak czarownik uczył go magicznego rzemiosła. I pew nego dnia uczeń, jak to mówią, przerósł mistrza. Wyzwał go prze d kapitułą magiczną na pojedynek - wiecie, jak to pomiędzy magami. Tłukliby sie tylko i knuli intrygi. Dość, że młody zabił w poje dynku Koothana i uciekł... - dziad przerwał i znowu zmarszczył czoł o.
Usta dziada, lekko rozchylone, wyglądały jakby zaraz miało z nic h paść jakieś słowo. Romie przechylił się do przodu, wpatrują c w drgające wargi starca. Wsłuchał się w głęboką ciszę oga rniającą izbę w oczekiwaniu na dalszy ciąg historii.
Niespodziewanie coś stuknęło w lasku za chatą. Po ciele Romieg o przebiegł dreszcz nagłego strachu.
- ...uciekł na północ, ku tym krainom. - dokończył Ckhudec.
- Ale.. ale to było dawno, prawda? - spytał niespokojnie chłopie c, spoglądając w stronę okna, za którą już błyszczały gwiaz dy.
- Tak. - izba ponownie wypełniła się donośnym śmiechem starc a. - Tak, wystarczająco dawno, by uczeń Koothana już nie żył. Nie ma się czego bać.
- Mimo wszystko chyba to sprawdzę. - podniósł się ojciec. - Zo stawiłem na zewnątrz szopy narzędzia i jeśli to jakiś złodzieja szek... - podjął z szafy drugą lampę i zapalił knot.
Romie obserwował, jak jego ojciec wychodzi z domu, po czym odezwał się do Ckhudeca:
- Ale co robił ten zły człowiek w tych stronach?
- To wiąże się z historią dworu w tej okolicy. - odparł jakb y niechętnie dziad. - Jednak twój ojciec mówił, żebym ci tej hist orii nie opowiadał.
- Prosimy... - przyłączyła się matka, żywo zaciekawiona prze rażającymi dziejami pałacu.
- No dobrze. - Ckhudec zniżył głos do szeptu i nachylił się w stronę Romiego. - To było kilkanaście lat temu, dobrze nie pamięt am. Na dworze mieszkał baron, mający w swym posiadaniu tutejsze ziemie. Ludzi nie nękał zbyt wysokimi podatkami, żył sobie i do chłopski ch spraw się nie wtrącał. Ot, rozsądny władca i tyle. Ale, jak ju ż mówiłem, w okolicę przybył uczeń Koothana, wtedy już mocarn y czarnoksiężnik i pan sił tajemnych. Baron, ciekawy co to za magik z jawił się na jego ziemiach zaprosił go na swój dwór. Czarnoksię żnik, a imię jego było Ghoor, przybył na wezwanie możnego. Przy p rywatnej audiencji, gdy nie było w pobliżu straży barona rzucił na niego urok i od tej chwili mógł sterować jego wolą.
W izbie zrobiło się jakby zimniej, a płomień lampy lekko przyg asł.
"Ojciec nie domknął drzwi" - myśl pojawiła się w głowie Ro miego i zaraz znikła, by ustąpic miejsca wizji strasznego czarownika zd olnego zawładnąć ludzkim umysłem.
- To był zły dzień dla okolicznych mieszkańców. - dziad zamk nął oczy jakby sobie przypominając dawne dzieje. - Od tej pory baron i czarnoksiężnik zaczęli zgłębiać wspólnie tajniki czarnej ma gii. Straszne rzeczy zaczęły się dziać w zamku barona. Ludzie zacz ęli unikać okolic dworu, a w końcu wręcz panicznie bać się tego miejsca. Może i słusznie, bo podobno Ghoor przyzwał z czeluści dem ona piekielnego, by był na wszystkie jego posługi. Przyzwali nawet dusz ę Koothana, by szydzić z niego i wyśmiewać bwezsilnego już czarow nika. Mag i baron otworzyli wspólnie kryptę zamkową i rozpoczęli po tworne eksperymenty na szczątkach przodków możnowładcy. Ponoć o żywiali za pomocą magii szkielety, które jeszcze ze strzępami docze snych szat zabawiały ich potwonym śpiewem lub tańcem na ucztach. Uczt y też nie były takie zwykłe - podobno za główną potrawę podaw ano tam ludzkie mięso, a pito wino z krwi. - Ckhudec zawiesił głos na moment. Romie popatrzył na matkę w obawie, czy nie każe mu wyjść . Ta jednak była tak zafascynowana historią dziada, że zupełnie o c hłopcu zapomniała.
- Nawet to nie zaspokoiło chorobliwych żądzy Ghoora. Namówił barona do rozpoczęcia eksperymentów na żywych ludziach. I tak z okol icy zaczęły znikać dzieci i dorośli, wleczeni do przeklętego zamk u barona. Tam Ghoor robił z nimi takie okropieństwa, o których mówi ć się nie godzi. - ciałem Ckhudeca wstrząsnął dreszcz odrazy. - Ale w końcu ludzie wynieśli się z pobliża zamku i piekielna dwój ka musiała szukać ofiar w nieco dalszej okolicy. Wzięli więc na us ługi okolicznego chłopa, który uprowadzał dla nich dzieci z wiosek i przyprowadzał je na dwór barona. Otrzymywał za to przeróżne bog actwa od barona i jego kompana.
Opowieść dziada stanęła na moment w miejscu. Ckhudec jakby co ś do siebie mamrotał, po czym podjął wątek.
- I musiał przyjść koniec na takie niegodziwości. Duch Koothan a, który nie był wcale bezsilny wobec siły Ghoora i tylko zbierał s iły, żądny zemsty, uwolnił się spod ich mocy. W zamku rozpęta ła się prawdziwa magiczna batalia. Ogień i błyskawice widać był o w całej okolicy, niejeden las wówczas spłonął. Koothan miał p rzeciwko sobie ogromną moc czarnej magii, ale jak już mówiłem, by ł niezwykle potężnym magiem. Wreszcie pokonał Ghoora, więżąc jego duszę w najgłębszych czeluściach, skąd nie ma powrotu. Baron a zaś skazał na wieczne potępienie i poniewierkę w piekielnych otch łaniach. Nie dostał w swoje ręce tylko trzeciego z przeklętego trio - człowieka, który porywał wiejskie dzieci. Koothan jednak poprzysi ągł zemstę i jego dusza nie może opuścić tego świata, aż ta się nie dopełni.
Do chaty wkroczył ojciec. Odstawił do szafy lampę i ciężko u siadł na zydlu.
- No, Romie. Na dzisiaj koniec opowieści. Idź do łóżka.
Chłopiec niechętnie podniósł się z krzesła i ruszył po d rabinie do swojego pokoiku na strychu. Nie lubił tam przebywać - czasem strych przerażał go wszystkimi ciemnymi zakamarkami i skrzyniami uloko wanymi pod dachem domostwa.
Na strychu panował nieprzenikniony wręcz mrok. Kiedy Romie zatrzas nął klapę prowadzącą na dół do izby po raz kolejny znalazł się w swoim codziennym królestwie. Królestwie odgrodzonym od reszty d omu, gdzie był sam, gdzie miał swoje miejsce do spania i swoje zabawki. Jednak dziś czuł, że to nie on rządzi w tym królestwie. Dzisiaj to nie był juz jego pokój. Kto inny tutaj panował, kto inny wydawał rozkazy.
To właśnie ten niewidzialny ktoś kazał przejść obok duże j skrzyni na rogu poddasza. Minąć rząd mniejszych pojemników. Przej ść nad pękatą beczką z obluzowanymi obręczami. Podejść do p odłużej i na wpół spróchniałej skrzyni leżącej w najodlegle jszym kącie strychu. Otworzyć jej wieko.
Kości. Stare, rozpadające się w rękach. Czaszki. Pokryte wielo letnim nalotem. Małe ubranka, rwące się teraz w strzępy.
Ktoś, kto doprowadził chłopca do tego miejsca nie musiał podpo wiadać mu znaczenia zawartości starej skrzyni. Romie zatrzasnął wie ko i pokonując tą samą drogę wrócił do znanej sobie część i pokoju. Rzucił się na łóżko w niemym szlochu.
Wcisnął twarz w poduszkę tłumiąc łzy. Ojciec uczestniczą cy w tych okropnych eksperymentach na ludziach. Porywający dzieci dla tyc h przerażających, diabelskich celów.

* * *

Obraz przed jego oczyma rozmył się. Podniósł głowę z podus zki. Usiadł na skraju łóżka. Otarł łzy ściekające po twarzy , ale obraz nie odzyskał ostrości. Postanowił zejść na dół. K lapa była cięższa niż zwykle - tak jakby coś powstrzymywało go przed zejściem do izby.
Jeden szczebel. Drugi. I trzeci. Drabina zawsze wydawała się niż sza. To nic. Czwarty, piąty. Wreszcie podłoga izby. Znajome drewno.
Dziada nie było na sienniku, gdzie zawsze śpią wędrowcy. Znikn ął.
Drzwi do pokoju sypialnego.
Nacisnął klamkę. Powoli uchylające się, skrzypiące zawiasy .

* * *

Wysoki starzec. Ckhudec? Nie, to z pewnością Koothan. Skąd to wi e? Nie wie.
Co on robi? Coś mówi, jakieś niewyraźne słowa. Tak jak obraz , dźwięk też rozmazuje się w uszach. Szum, potworny szum w głowie .
Jest i ojciec. Na podłodze...
Krew, kości, czaszki, znowu krew. Wszystko przesuwa się przed ocza mi.
Koothan znów coś mówi. Coś o zemście, o otchłani. O ciemny ch mocach.
Ojciec czołga się po podłodze. Nagle wstrząsa nim dreszcz.
Co mówi starzec?
Już po wszystkim. Mogę odejść. Zemsta dokonana.
Znika, a widok izby wraz z nim.

* * *

Romie obudził się zlany zimnym potem. Popatrzył dookoła. Cisza , żadnych odgłosów w mroku. Bogu dzięki, to tylko sen, potworny kos zmar. W głowie wciąż kołatały mu słowa <>. Chwilę leżał z otwartymi oczyma, po czym ponownie za padł w głęboki mrok.
ephel

   Sonda

   Opowiadania różne
  » Trochę niesamowitości
  » Historia Doliny...
  » Pollyn Syn Elyndoru
  » Bajka o Małej...
  » Powrót Elfów: ...
  » Wszystkie

   J.R.R. Tolkien
  » Biografia
  » Dzieła
  » Kronika Lat

   Andrzej Sapkowski
  » Biografia
  » Dzieła
  » Pięcioksiąg
  » Narrenturm

   Ewa Białołęcka
  » Biografia
  » Tkacz Iluzji
  » Kamień na szczycie

   R. A. Salvatore
  » Twórczość
  » Saga o Drizzcie

   Dungeons and Dragons
  » Recenzja

   Warhammer: FRP
  » Recenzja
  » Bazar
  » Modyfikacje zasad
  » Mapa

   Wiedźmin: GW
  » Recenzja
  » Scenariusze
  » Archetypy
  » Ekwipunek

   WP: Drużyna Pierścienia
  » Recenzja
  » Obsada i Ekipa
  » Galeria
  » Mapy

   WP: Dwie Wieże
  » Recenzja
  » Obsada i Ekipa
  » Broń
  » Galeria

   WP: Powrót Króla
-

   Wiedźmin
  » Recenzja
  » Galeria

   Różne
  » Galeria Fantasy
  » Forum
  » Download
  » Linki
  » Autorzy
  » Admin
Copyright 2002-2003 by fantasy.mocny.com. Hosted by mocny.com. All rights reserved. Designed by SLAPOn